Jamajka inaczej, czyli „Bezkresne morze Sargassowe”

Skończyłem dzisiaj kolejną pozycję z listy i myślę, że warto byłoby od niej zacząć pisanie recenzji – wrażenia są jeszcze świeże, a poza tym naprawdę dobrze się to czytało.

Dzisiaj Morze Sargassowe autorstwa Jean Rhys nazwalibyśmy fanfikiem: książka została napisana jako prequel historii opublikowanej prawie sto lat wcześniej (1847) przez Charlotte Brontë – Dziwne losy Jane Eyre, uznawanej za absolutny klasyk powieści wiktoriańskiej. Bezkresne morze Sargassowe dzieje się kilkanaście lat wcześniej na Jamajce (później akcje przenosi się na Dominikę i nie tylko), krótko po roku 1833, kiedy zniesiono niewolnictwo na obszarze całego Imperium Brytyjskiego. W książce poznajemy historię Antoinette, zubożałej córki ludzi, którzy dawniej byli plantatorami i właścicielami niewolników.  Zmagać się musi nie tylko z wrogością wyzwolonych, ale także wyobcowaniem ze strony nowo przybyłych Anglików, patrzących z niechęcią na pozbawioną dawnego statusu kobietę, kojarzoną z niepopularnym w nowych czasach sposobem zbijania fortuny.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że po umiejętnym umieszczeniu bohaterki w samym środku takich społeczno-etnicznych napięć, książka pisała się sama: mamy poruszające, ale też będące naturalną konsekwencją stanu rzeczy opisy wyobcowania, pogardy płynącej z obu stron (ileż razy pada z obu stron określenie biały czarnuch, tak wyraźnie ukazujące, że Antoinette donikąd nie przynależy, nie ma żadnego anonimowego tłumu, gdzie mogłaby się schować), okropne epizody i fabułę, która łudzi nas światłem nadziei po to tylko, by nam ją potem boleśnie odbierać. Myślę, że wszelkiej maści uczniowie liceów czy studenci literatury nie mieli wielu problemów z opisaniem o czym jest ta książka: o samotności, wyobcowaniu, chęci znalezienia jakiegoś azylu na świecie. O okrucieństwie. Do tego dochodzi krytyka patriarchatu (Charlotte Brontë wydała Dziwne losy Jane Eyre pod męskim pseudonimem – Jean Rhys już nie musiała). Nie licząc ostatniego, są to sprawy, które dotyczą czasem każdego z nas. Książka czasami rozdzierała serce i trudno było czytać dalej. Ale była świetna, bez wątpienia.

Dziwi mnie tylko ile razy w Internecie padała wzmianka, że książka stanowi krytykę brytyjskiego imperializmu (ktoś nawet poleciał bardzo daleko i zinterpretował zakończenie jako symbol upadającego Imperium – ale ludzie lubujący się w symbolizmie tacy już są, że lubią przesadzać). Moim zdaniem autorce zwyczajnie się nie chciało pisać takich banałów i skupiła się na tym, by napisać wiarygodną historię, gdzie nie brakowało ludzi podłych w każdej grupie – a o taki realizm byłoby trudniej, gdyby chciała zawrzeć w niej konkretną polityczną wiadomość.

Jamajka w książce miała w sobie niemal post-apokaliptyczny klimat. Mamy ciągle wrażenie, że to wszystko jest sytuacją PO (nie partia, po wielkimi literami). Coś przełomowego się stało (Slavery Abolition Act 1833) i losy wszystkich opisanych postaci są tego konsekwencją. Zmiana przenika na wskroś każdą dziedzinę życia. Snujący się bez celu dawni niewolnicy, dogorywający w swoich rozpadających się domach starzy plantatorzy, pozbawieni służby i pieniędzy. Nowi przybysze z Anglii, niepotrafiący zrozumieć tej rzeczywistości. I ciągłe napięcie między nimi wszystkimi.

Nie ukrywam, dotąd Jamajka kojarzyła mi się głównie z reggae i trawką, a kraj ten ma niestety krwawą historię. W 1494 na wyspę przybył Kolumb i krótko potem rozpoczął się okres wymierania miejscowych Indian na skutek chorób i niewolniczej pracy przy uprawie trzciny cukrowej. Biali kolonizatorzy sprowadzili więc ludność murzyńską z Afryki, a w międzyczasie na wyspie powstało słynne z piratów miasto Port Royal. Ogromne bogactwa plantatorów, brutalnie tłumione bunty, zniesienie niewolnictwa, tendencje niepodległościowe niezadowolonych z sytuacji ekonomicznej mieszkańców, wystąpienie z Imperium Brytyjskiego w połowie XX wieku, neokolonializm w wykonaniu United Fruit Company (dzisiaj kochana Chiquita). Wiele się działo. Teraz wyspa kusi turystów, choć nie brakuje rozczarowanych, którzy woleliby na miejscu zobaczyć tylko wyluzowanych, słuchających muzyki ludzi. Zamiast codzienności, która często bywa strasznie szara. Może jest na to jakieś fajne określenie, jak syndrom paryski?

Spotkałem kiedyś bezdomnego Jamajczyka na stacji metra w Brukseli. Próbował poczęstować mnie i moją dziewczynę czymś, co wyglądało jak denaturat w plastikowej butelce. Nie wzięliśmy i niedługo potem sobie poszliśmy, bo okazało się, że tak późno nic już nie jeździ. Taka to moja przygoda z Jamajką, nie licząc lektury Bezkresnego morza Sargassowego. Tę drugą polecam. Uniwersalny temat i ciekawie umiejscowiona akcja – czego chcieć więcej?

 

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s