Czego brakuje Grze o Tron? Recenzja książki „Ja, Klaudiusz”

Game-of-thrones-season-4-vengeance-trailer-cersei-lannister

Mówisz, że Gra o Tron nie jest idealna?

Takie mamy czasy, że wystarczyłoby napisać o powieści Ja, Klaudiusz, że jest podobna do serialu Gra o Tron (i do cyklu książek, na których jest oparty, Pieśni Lodu i Ognia George’a R.R. Martina), by zachęcić całą masę ludzi do jej przeczytania. No cóż, jest podobna, zachęcam do lektury. Moim zdaniem w paru miejscach nawet go przewyższa. Piszę o tym w drugiej części tekstu (więc jeśli jesteś tu tylko ze względu na Westeros, scrolluj śmiało).

Trudno się oprzeć wrażeniu, że Graves początkiem książki wystawia nas na próbę, by upartego czytelnika nagrodzić niezapomnianą, złożoną opowieścią, a mniej zapalczywego odprawić z drwiną. Powiedzmy sobie szczerze: przydługi opis proroctwa Sybilli, choć miał szansę zainteresować część słuchaczy, nie jest tym, czego spodziewał się ktokolwiek, sięgając po tę powieść. Na szczęście tego typu fragmenty później już nie występują i autor serwuje nam w końcu danie, które zamówiliśmy.

klaudiusz.png

Ja, Klaudiusz także został przeniesiony na szklany ekran. Inspirowany książkami Gravesa serial stanowi jedną z najbardziej znanych produkcji stacji BBC.

Mamy tu do czynienia z pierwszoosobową relacją z życia Klaudiusza (10 p.n.e. – 54 n.e.), członka rzymskiej dynastii julijsko-klaudyjskiej. Będąc chorowitym, kulawym jąkałą, spotyka się bez przerwy z pogardą i drwinami ze strony otoczenia – ma to jednak swoje dobre strony, bo w krwawej walce o władzę w Rzymie trup ściele się gęsto i każdy człowiek stojący w kolejce sukcesji musi ciągle oglądać się za siebie. August, Tyberiusz, Kaligula – kolejni władcy żyją i umierają (czasem w niecodziennych okolicznościach), a nasz bohater trwa dalej na przedziwnym stanowisku kronikarza i błazna w jednej osobie. W szale brutalnych morderstw i trucicielstwa nikt nie zwraca uwagi na Kla-kla-klaudiusza, powszechnie uznawanego za opóźnionego idiotę.

Tylko że Klaudiusz idiotą nie jest i jesteśmy tego świadomi od samego początku. To dziwnie miłe uczucie, zupełnie jakbyśmy dzielili z bohaterem sekret, o którym nie wie prawie nikt inny. Jednocześnie frustruje nas świadomość, jak niesprawiedliwie jest on oceniany. Historyk, ostatni znany człowiek władający językiem etruskim, przyszły zdobywca Brytanii i pomysłodawca corridy – a każde jego słowo jest zbywane machnięciem ręki, nierzadko połączonym z szyderstwem.

Być może zbyt wiele z tego wyczytuję i tego typu stosunek do naszego bohatera to zwykły przejaw ludzkiej głupoty i podłości, ale widzę w tej sytuacji jakieś echo triady platońskiej (DOBRO = PRAWDA = PIĘKNO) i kalokagatii: to co jest piękne, jest też dobre, a to co brzydkie, dobrym i prawdziwym być nie może. Jest to koncepcja, która wywarła duży wpływ na filozofię antyczną, a później także Kościół Katolicki. Dopiero nowożytni myśliciele zerwali z tym poglądem. Współczesnym Klaudiuszowi nie mieściło się w głowie, by ktoś tak groteskowy mógł być w jakikolwiek sposób wartościowy. I pobędę sobie optymistą dodając, że miło, że jednak dzisiaj patrzymy na takie sprawy innymi kategoriami (a co mi szkodzi – trzeba trochę odpocząć od zbiorowego powtarzania, że kiedyś to było lepiej…).

Wracając do naszej opowieści: jak pisałem, ostatecznie Klaudiusz mógł być niemal rad, że los zesłał mu tyle fizycznych ułomności, tym samym bowiem zachował go od nagłej śmierci. I tak, na końcu książki, po upadku szalonego Kaliguli, żołnierze obwołują cesarzem naszego bohatera (hmm, spoiler alert?). Historię jego panowania opisuje druga część dylogii, zatytułowana Boski Klaudiusz. Kończy się wraz z momentem jego śmierci. Władzę po nim przejmuje Neron i naprawdę bardzo lubię w myślach nazywać książki Gravesa prequelami do Quo Vadis.

Ja, Klaudiusz to dowód na to, że naprawdę warto zapoznać się z listą Modern Library. Choć pozostaje książką fabularną, ma też solidne oparcie w źródłach (m.in. w dziełach rzymskich historyków, Swetoniusza i Tacyta). W połączeniu z inteligentnie poprowadzoną opowieścią, daje nam to historię urzekającą realizmem, a jednocześnie pozbawioną suchej, dokumentalnej narracji.

Ja, Klaudiusz kontra Gra o Tron

Pomimo smoków, żywych trupów i mordujących cieni, produkcja HBO słynie z realistycznego podejścia do wielu elementów historii, którą opowiada. W głównej mierze wynika to z braku skrupułów Martina, jeśli chodzi o uśmiercenie ważnej (i lubianej) postaci, jeśli jest to naturalną konsekwencją opisywanych wydarzeń. Pierwszym tego rodzaju szokiem dla czytelnika i widza jest oczywiście śmierć Eddarda Starka: przyzwyczajeni do tego, że główni bohaterowie są chronieni solidnym plot armorem, wszyscy zostaliśmy zupełnie zaskoczeni tym, że egzekucja Lorda Winterfell naprawdę doszła do skutku.

Innym filarem, na którym opiera się wielkość serialu, są jej niejednoznaczni bohaterowie, stojący po obu (czy raczej: po wszystkich, biorąc pod uwagę liczbę frakcji) stronach konfliktu. Kimże nie miotały sprzeczne uczucia, gdy Stannis z Davosem u boku oblegał Królewską Przystań, rozpaczliwie bronionej przez Tyriona Lannistera i Bronna? Swego czasu czytałem wywiad z Martinem (wybaczcie, ale za nic nie potrafię teraz go znaleźć), gdzie mówił on o tym, z jaką pieczołowitością dopracowywał on takie momenty w sadze. Miały one na celu pokazanie rzeczy, której, zdaniem pisarza, bardzo brakuje w nowożytnych opowieściach: tego, że heroizm może istnieć po obu stronach konfliktu, nie tylko po tej, której kibicujemy. Jak bardzo Wojna o Pierścień różni się od Iliady!

Z czym zatem mam problem? Już tłumaczę. Martinowi nie udaje się stworzyć przekonującego obrazu feudalnego państwa. Wojna Pięciu Królów jest pozbawiona polityczno-ekonomicznej głębi, a czasem i sensu, jeśli staramy się znaleźć w jej opisie rzeczy, których spodziewalibyśmy się w tego rodzaju konflikcie. Renly, Stannis, Joffrey, Robb, Balon Greyjoy – wszyscy mają swoje pobudki, dla których sięgnęli po koronę, ale czy mieszkańcy Westeros mieli powód, by pod ich komendą wyruszyć na wojnę i wspierać ją swoimi pieniędzmi? Przyjrzyjmy się kolejno wszystkim stanom w Siedmiu Królestwach.

Na jakie realne korzyści mogła liczyć szlachta i lordowie, zgadzając się iść na wojnę za swoim władcą? Rycerstwo ma większą chęć doglądać zbiorów, niż ryzykować życie podczas bitwy, a potężni możnowładcy wolą skupiać się na lokalnych intrygach, niż pomagać królowi w zdobyciu jeszcze większej przewagi nad nimi. Przysięga, honor, ale też zwykła nuda i żądza łupów mogą wystarczyć na jakiś czas, ale nie na wieloletnią, krwawą kampanię. Po jakimś wasale mogą zechcieć wrócić do domu i jak feudalny władca, nieposiadający przecież stałej armii, miałby ich namówić do pozostania u swego boku? Jakimś wyjściem jest nadawanie ulg podatkowych czy większej swobody politycznej. Znamy to dobrze z lekcji historii – każdy z nas chociaż z nazwy kojarzy przywilej koszycki czy przywileje cerekwicko-nieszawskie – podobnie rzeczy miały się także poza Polską. W 1215 roku w Anglii Jan bez Ziemi (czarny charakter opowieści o Robin Hoodzie), zniechęciwszy do siebie poddanych wysokimi podatkami i zbytnią samowolą, musiał podpisać Wielką Kartę Swobód, określającą uprawnienia baronów i zakres wolności niższych stanów. We Francji postępujące rozdrobnienie feudalne znacznie ograniczyło władzę królewską, a Cesarz Niemiecki, pozbawiony stałej armii, nierzadko sprawował tylko nominalną władzę nad państewkami Rzeszy. Nie jest łatwo feudalnemu suwerenowi zachować realną władzę nad swoimi poddanymi – a nie wiedzieć czemu, wielu królom Westeros przychodzi to bez trudu. Pierwszym Targaryenom pomagają w tym smoki i trzeba uczciwie przyznać, że to nadaje światu przedstawionemu spójności – nie jest to jednak element, który pomaga uznać Grę za lekkostrawne wprowadzenie do Realpolitik, w co niektórzy zdają się wierzyć. No chyba że za lekcję uznać, że jedynym sposobem, jaki szlachta może naciskać na swego władcę, jest wielokrotne naciskanie sztyletem okolic jego serca czy innych wrażliwych organów.

Dlaczego religia odgrywa tak marginalną rolę? Na Północy ludzie dalej czczą Starych Bogów, na Południu dominuje wiara w Siedmiu. Stannis ma Boga Ognia, a Balon – Utopionego. Te różnice są czasami wspomniane, ale stanowczo za rzadko w kontekście politycznym: a przecież sprawy duchowe od zawsze były wykorzystywane do podsycania konfliktów, szczególnie przed epoką Oświecenia (by nie szukać na siłę przykładów: krucjaty). Machina propagandowa powinna tu działać na pełnych obrotach. Owszem, w Uczcie dla Wron pojawia się Wróbel, jednak dzieje się to stanowczo zbyt późno w opowieści i niemile pachnie jak deus ex machina.

Jakie stanowisko zajmują mieszczanie (kupcy i rzemieślnicy)? Lysa Arryn odcina Dolinę od zewnętrznego świata: co na to żyjący z handlu mieszkańcy Gulltown? Biała Przystań czerpie swe bogactwo m.in. ze sprzedaży wełny, piwa i drewna na Południe: jak powstanie Królestwa Północy i jego polityczna izolacja wpłynęło na interesy tamtejszych kupców? Sytuacja tych dwóch miast wydaje się katastrofalna, ale najwyraźniej ich lordowie trzymają mieszkańców na krótkiej smyczy. Tylko jak długo? Mamy bunt Rogaczy w Królewskiej Przystani (chcieli otworzyć bramy przed Stannisem), ale znów: to spisek spod znaku płaszcza i szpady, nie poważna polityczna intryga. Kupcy kontrolujący handel żywności czy tkanin w ćwierćmilionowym mieście mogli być bogatsi od większości lordów Westeros. Ich wpływ na decyzje podejmowane przez władców musiał być ogromny, a jednak bliżej króla wciąż stoją drobni lordowie okolicznych zameczków. W średniowieczu ośrodki miejskie ciągle dążyły do poszerzania praw i samodzielności. Miasta-państwa włoskie (Wenecja, Florencja, Genua, Mediolan), wolne miasta Rzeszy czy oparta na handlu Hanza – przykładów nie brakuje.

800px-Jean_Froissart,_Chroniques,_154v,_12148_btv1b8438605hf336,_crop

Spotkanie angielskiego króla Ryszarda z rebeliantami Tylera. Główną przyczyną buntu były rosnące obciążenia podatkowe, związane z Wojną Stuletnią. Źródło.

Gdzie są bunty chłopskie? Historia feudalnej Europy (najciekawsze przypadki za Wikipedią: we Francji Żakeria w 1358 r., w Anglii powstanie Wata Tylera w 1381 r., w Niemczech – wojna chłopska w 1525 r.) pokazuje, że przedłużające się działania wojenne bardzo często skutkują rebeliami pospólstwa, które zwyczajnie nie jest w stanie znieść rosnących obciążeń podatkowych, rekwirowania żywności i niszczonych plonów. W Starciu królów oczami Aryi ze zgrozą poznajemy los, jaki spotkał mieszkańców Dorzecza, z czasem jednak zaczyna dziwić bierność prostego ludu. Bractwo bez Chorągwi to za mało: średniowieczne bunty chłopskie liczyły czasem grubo ponad dziesięć tysięcy uczestników! Z czego wynika desperacka lojalność chłopów Westeros? Mamy co prawda Gwiazdy, wojowniczych obrońców wiary rekrutujących się z biedoty, ale wydają się bardziej zgrają religijnych fanatyków niż desperatami zmuszonymi do ostateczności.

Bardzo, bardzo też dziwi fakt, że w świecie Pieśni Lodu i Ognia powszechny wydaje się przymusowy pobór chłopów do armii. Jak czytamy w Uczcie dla wron:

To prości ludzie, którzy nigdy nie oddalili się bardziej niż o milę od rodzinnego domu, aż wreszcie pewnego dnia jakiś lord zabrał ich na wojnę. Maszerują pod jego chorągwiami, kiepsko odziani i marnie uzbrojeni, często ich jedyną bronią jest sierp, zaostrzona motyka albo młot, który sami sobie zrobili, przywiązując rzemieniami kamień do kija. Bracia maszerują razem z braćmi, synowie z ojcami, przyjaciele z przyjaciółmi. […] Jeśli chcą mieć nowe buty, cieplejszy płaszcz albo może zardzewiały, żelazny półhełm, muszą zabrać je trupom. […] Nie wiedzą, gdzie są i jak mogą wrócić do domu, a lord, za którego walczą, nawet nie zna ich imion, a mimo to wykrzykuje rozkazy, każe im ustawiać się w szereg, łapać za włócznie, kosy czy zaostrzone motyki i walczyć. A gdy uderzają na nich rycerze, zakuci w stal ludzie bez twarzy, żelazny grzmot ich szarży zdaje się wypełniać cały świat…

Cała idea feudalizmu polegała na tym, że chłopi płacili podatki i uprawiali ziemię swojego suzerena w zamian za ochronę. Ziemianin z kolei w zamian za protekcję i ziemię oddawał część zbiorów swojemu seniorowi i tak dalej, aż do króla. Powinnością rycerza i jego zbrojnych było nadstawianie karku za pracujących na nich ludzi i ruszanie na wojnę w razie potrzeby (co niestety pozbawiało pospólstwo bliskości ochrony, za którą płacili swym trudem na polu), gdy ktoś stojący wyżej w drabinie społecznej tego oczekiwał.

Ktoś więc chłopów w Westeros nieźle wystrychnął na dudka. Nie dość, że mają troszczyć się o plony, to jeszcze ich obowiązkiem jest ruszać na wojnę! Przecież to katastrofa zarówno z ekonomicznego, jak i militarnego punktu widzenia. Same kobiety („Bracia maszerują razem z braćmi…” – ogałacano z siły roboczej całe domostwa) nie są w stanie utrzymać prymitywnego średniowiecznego gospodarstwa, a, jak pokazuje powyższy fragment Uczty, wartość bojowa walczącego chłopa jest właściwie zerowa (na litość boską, to chociaż nauczcie ich strzelać z łuków, w Anglii się udało!). W Europie owszem, lord mógł wziąć ze wsi rosłego młodzieńca i wyszkolić go na wojownika w swojej drużynie: zapewniał mu wtedy jednak jedzenie i rynsztunek. Na pewno nie polegało to na dosłownym oderwaniu od pługa, wciśnięciu mu do ręki motyki i wydaniu rozkazu szarży na galopujące rycerstwo przeciwnika! Więc skąd te cuda w Siedmiu Królestwach? Z całym szacunkiem do Martina, ale nie wykluczam, że amerykański pisarz zapędził się trochę w naturalistycznym opisie niedoli chłopskiej.

I wreszcie: jaki jest stosunek Pięciu Królów do powyższych spraw i poszczególnych stanów? Gdzie ich program politycznyKing in the North! Iron price! The crown is my by right! Hasła i symbole są ważne, nie jestem aż takim cynikiem. Nie wykarmią jednak armii od roku będącej w polu: wspierający inicjatora konfliktu muszą widzieć interes w zmianie status quo, tak jak sojusznicy jego przeciwnika muszą mieć korzyść w zachowaniu obecnego porządku rzeczy. Jaki jest stosunek władców do podatków w trakcie wojny i po niej? Czy planują zapewnić Siedmiu Królestwom większą autonomię, czy też dokonać większej centralizacji władzy? Jak planują pozyskać sobie lordów, szlachtę, masy chłopskie, mieszczan, duchowieństwo? Czy zamierzają pomóc rzemieślnikom z Westeros i wprowadzić cła ochronne na produkty z Wolnych Miast, czy też planują zintensyfikować handel zamorski? Czy Żelaźni ludzie gwarantują mieszkańcom zdobytych na Północy terenów wolność religijną? Jaką politykę monetarną prowadził Tywin, ile było kruszcu w jednym złotym smoku?

Wielu, wielu rzeczy brakuje, by nazwać Grę o Tron spójnym obrazem mechanizmów feudalnego królestwa. Fakt, że władcy mają do okiełznania jego uproszczoną wersję, nieco umniejsza mój podziw wobec ich dokonań. Ale jak to wszystko ma się do Klaudiusza? Wyżej powoływałem się na wydarzenia, które miały miejsce w feudalnej Europie, ale skoro głoszę, że recenzowana tu powieść tak dobrze radzi z politycznym realizmem, to powinienem odwołać się także do niej.

Nie porównywałem tych dwóch opowieści punkt po punkcie, bo społeczeństwo starożytnego Rzymu różniło się zbyt mocno od tego z Westeros. Inaczej wybierano władców, inaczej nakładano i zbierano podatki, inaczej podchodzono do religii czy prawa. Istotną częścią ekonomicznej machiny byli niewolnicy, zajmujący się niemal każdym rodzajem pracy (od uprawiania ziemi po uczenie greki młodych arystokratów), wojsko zawodowe stanowiło oddzielną siłę polityczną, zdolną obalać i wynosić na tron cesarzy, a senat wciąż posiadał władzę, choć jego rola z czasem malała. I Graves świetnie radzi sobie z opisaniem tych wszystkich zależności. Żadne działanie cesarza nie trafia w próżnię, wiemy, jaka reagowało na nie całe społeczeństwo, od patrycjuszy po plebs. Nie mamy tu wygodnie przetrzebionych drzew genealogicznych najważniejszych rodów, wprost przeciwnie, w kolejce do tronu czeka cały zastęp ludzi. Zmusza to czytelnika do jako-takiego zorientowania w tym, kto jest kim na cesarskim dworze, ale jest to wiedza, która potęguje frajdę z czytania o kolejnym odwróceniu sojuszy czy wojskowym przewrocie, który wywraca porządek rzeczy do góry nogami. Zabijanie krewnych czy gości nie jest, jak w Westeros, czynem, przed którym nie wzdragają się tylko pojedynczy degeneraci. Wyzwalanie niewolników nie jest tu wynikiem radosnego idealizmu, a wojny wybuchają, bo jakaś grupa ludzi chce odnieść konkretną polityczną korzyść, a nie dlatego, że komuś należy się korona. Religia, choć nie stanowi sensu życia Rzymian, ma stały wpływ zarówno na ich codzienność, jak i na każde ważniejsze wydarzenie spotykające ich czy całe państwo. I co najważniejsze: wszystko płynie. Przemiany dotykają obyczajowość, system władzy, modę – jak w prawdziwym świecie. Martin kopiuje tę stałość, którą widzimy we Władcy Pierścieni i tylu innych książkach fantasy: wszystkie wydarzenia równie dobrze można by przenieść o tysiąc lat wstecz i nic prawie nie trzeba by poprawiać.

1024px-Proclaiming_claudius_emperor.png

Lawrence Alma-Tadema – Obwołanie Klaudiusza cezarem (1867). Według legendy Klaudiusz ukrywał się przerażony za kotarą, gdy po śmierci Kaliguli odnaleźli go pretorianie i obwołali cezarem. Bezsilny senat musiał zatwierdzić tę decyzję.

Dylogia Gravesa to także jeden z najlepszych fabularnych komentarzy na temat demokracji, jakie dane mi było poznać. Cesarz Klaudiusz jest bowiem, o dziwo, zagorzałym republikaninem: wierzy, że władzę powinien sprawować lud, obierający swych przedstawicieli w senacie i zgromadzeniu ludowym. Nasz bohater widzi cesarstwo jako chwilowe odstępstwo od normy, chce przygotować państwo do powrotu na łono dawnego ustroju. Wpada jednak w pułapkę: gdy czuje, jak wiele dobrego zdziałać jeszcze może jako monarcha,  szybciej niż zdołałby to kiedykolwiek zrobić zbiurokratyzowany senat, stale odkłada w czasie moment oddania władzy. Kieruje się dobrymi pobudkami, ale coraz bardziej uzależnia aparat państwowy od swoich wyroków, przyzwyczaja poddanych, że gdzieś tam na Palatynie mieszka człowiek-bóg, który podejmie wszystkie ważne decyzje za nich. Po śmierci Klaudiusza dla uzależnionego już od monarchii państwa oczywistym jest znalezienie dla niego następcy. Nikt nie umie już myśleć innymi kategoriami niż postawienie na samej górze kogoś, kto będzie ogarniał cały ten bałagan. Problemy zaczynają się, gdy nieuchronnie dochodzi do sytuacji, gdy następca nie jest już tak kompetentny, jak poprzednik – tutaj jest to Neron. Znamy to dobrze i z historii naszego kraju: wystarczy spojrzeć, co działo się po śmierci Piłsudskiego. Partia bez Wodza miotała się jak kurczak z obciętą głową. Ja, Klaudiusz, to przestroga dla wszystkich dyktatorów, którzy wierzą, że muszą „wpaść i trochę tym wszystkim potrząsnąć”, by na powrót zapanował ład.

Czy wszystko to czyni Klaudiusza lepszym od Gry o Tron i Pieśni Lodu i Ognia?  Obiektywnie – nie. Co więcej, myślę, że serial nie byłby tak popularny, gdyby skomplikować go o opisane wyżej czynniki. Niewątpliwie jednak każdemu, kto szuka w książkach odrobiny Realpolitik, poleciłbym bardziej powieści Gravesa od tych Martina, nie mówiąc już o produkcji telewizyjnej HBO.

9 uwag do wpisu “Czego brakuje Grze o Tron? Recenzja książki „Ja, Klaudiusz”

  1. Plus czytając Martina czy oglądając GOT ma się wrażenie, że wszyscy mieszkają w miastach, miasteczkach czy zamkach, w momencie gdy 90% społeczeństwa średniowiecznego stanowili chłopi u Martina bohaterowie notorycznie podróżują po pustkowiach napotykając ewentualnie jakiś gospody czy pojedyncze domostwa, w przeciwieństwie do np wiedźmina, Sapkowski przecież też opiera się w budowaniu świata o podobny okres, gdzie chłopstwo stanowi sól ziemi a wojna dotyka głownie ich, i to ich tragedie najbardziej widać podczas wojny z nilfgaardem (i to po obu stronach konfliktu)

    Polubione przez 1 osoba

    • Wioski to w ogóle temat traktowany po macoszemu w takich produkcjach. Wystarczy spojrzeć na Minas Tirith w Powrocie Króla: wielotysięczne miasto otoczone przez zupełne pustkowie. Skąd oni brali jedzenie? Praktycznie każde średniowieczne miasto było otoczone polami uprawnymi, pastwiskami, młynami i tak dalej.

      Sapkowski ten temat opisał po mistrzowsku, prawda. Co więcej, robi to w sposób nienachalny, nie każe nam na siłę ronić łez.

      Polubienie

  2. Wyszła Ci bardzo dobra, krytyczna recenzja Martinowskiej sagi. Z rozkoszą poczytałbym high fantasy biorące na serio politykę i religię. Owszem, cykl wiedźmiński jest pod tym względem znakomity, ale wzbraniałbym się przed nazywaniem go high fantasy (poza tym sporo w nim elementów powieści szpiegowsko-sensacyjnej).

    Polecam Twojej uwadze miniserial „Ja, Klaudiusz” z 1976 r. z Derekiem Jacobim i Johnem Hurtem.

    Polubienie

    • Hej!
      Ostrzę sobie zęby na ten serial, odkąd o nim usłyszałem. Niedawno czytałem artykuł na jego temat i ponoć był dość nowatorski jak na swoje czasy: przed erą Internetu każdy odcinek serialu stanowił raczej odrębną całość, aby w przypadku pominięcia któregoś z nich można było bez problemu kontynuować oglądanie od odcinka następnego. Klaudiusz zerwał z tym schematem.

      Polubienie

  3. Świetny pomysł na bloga wg listy. Ja miałem podobny na podstawie Pulitzerów, ale ostatecznie w ramach tego bloga co już mam sięgam po laureatów NP regularnie, więc to wystarczy. I już widzę, że mamy wiele wspólnego w lekturach, a będziemy mieli więcej, bo u mnie też się przewijają tytuły z Twojej listy. Obyś konsekwentnie robił swoje.

    Bardzo podoba mi się formuła tekstów rozszerzonych poza recenzję, trochę jak w Młodzieżowej Akademii Filmowej, gdzie film to pretekst do podjęcia tematu. Rzadko spotykane rozwiązanie. Czytałem na razie tylko tą jedną notkę (nadrobię to!) i zgadzam się w 100% zarówno w analizie książki Gravesa, jak i krytyce Martina. Mnie właśnie z powodu tej powierzchowności Martin odrzucił. Po Gravesie i „Królach przeklętych” Druona widać płytkość i efekciarstwo Martina.

    Czy będziesz też opisywał książki nie wydane po polsku?

    Polubienie

    • Dzięki za miłe słowa. „Lista Pulitzera” ma też kilka tytułów, których bardzo mi brakuje na liście Modern Library, jak na przykład „Zabić drozda”.

      Do tej pory nie byłem nawet świadomy, że są tutaj jakieś książki niewydane po polsku, ale to nie powinien być problem, w miarę możliwości staram się wszystko czytać po angielsku.

      Polubienie

      • No tak, „Zabić drozda” brakuje. Z kolei Steinbeck, Wilder, R. P. Warren, E. Wharton, Wallace Stegner, William Kennedy i Tarkington są też na mojej liście, ale niektórzy poczekają na swoją kolejkę pewnie kilka lat. Ja zresztą po angielsku na razie czytam tylko McMurtry’ego. Kiedyś może odważę się sięgnąć po innych, ale dla mnie zawsze to wyzwanie. Z Twojej listy pisałem już o „Lordzie Jimie”, „Ragtimie” i „Listonoszu” – zaraz idę czytać o tym ostatnim – a sporo czytałem w latach przedblogowych, więc wymagają ponownej lektury. Tak czy owak będą nam się ścieżki krzyżować, bo ja czytam głównie literaturę amerykańską, a inne od przypadku do przypadku (polską, angielską, kanadyjską). Jak jesteś ciekaw to zapraszam. Z całego serca życzę wytrwałości – ciekawie piszesz i zacny masz plan.

        Polubienie

      • A widzisz, „Wiek niewinności” Wharton właśnie kończę czytać (parę dni temu zrecenzowałem inną jej książkę, „Świat zabawy”). Nie miałem pojęcia, że dostała za niego Pulitzera. Strasznie się wciągnąłem, chyba nawet nie wiedziałem, że tak bardzo lubię książki tego typu.

        Będę zaglądał na Twojego bloga, zwłaszcza, że sam jestem fanem amerykańskich powieści (między innymi dlatego mój wybór padł na Modern Library, które wyróżniło szczególnie wielu autorów zza Atlantyku), dobrze będzie porównać doświadczenia.

        Polubienie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s