„Buszujący w zbożu”- książka o młodości, która się zestarzała

Mam sentyment do lekcji języka polskiego w liceum. Nasza nauczycielka była surowa, ale wpoiła nam mnóstwo często stosowanych terminów, które przydają się przy omawianiu książek. Archetyp, retardacja, parabola. Epos, etos, topos. Pominęliśmy jednak ciekawe określenie, na jakie niedawno się natknąłem – Bildungsroman (niem. ‚powieść o formowaniu’). Jest to, cytując Wikipedię: „gatunek powieściowy powstały w czasie oświecenia w Niemczech, w którym autor przedstawia psychologiczne, moralne i społeczne kształtowanie się osobowości głównego i na ogół młodego bohatera”. Z pewnym zdumieniem zdałem sobie sprawę, jak wiele książek realizuje takie założenie: Czarodziejska góra, Przedwiośnie, David Copperfield, Przygody Hucka Finna, Faraon, Zabić drozda, większość Young adult fiction… I Buszujący w zbożu, oczywiście. Chciałem chyba po prostu powiedzieć, że miło jest wiedzieć, iż fascynujący świat terminów literackich ma jeszcze przede mną wiele sekretów (sam nie umiem powiedzieć, czy to ironia, czy nie, więc powodzenia).

Ta recenzja będzie dużo krótsza od poprzedniej, bo nie czuję, bym miał tak wiele do powiedzenia. Książka opowiada o kilku dniach z życia pewnego nastolatka, który w pierwszoosobowej narracji dzieli się z nami swoimi przemyśleniami na temat ludzi i świata w ogóle. Czy są to przemyślenia oryginalne? Nie. Czy zmienią nasze postrzeganie tego, co nas otacza? No nie. Więc o co tyle hałasu? Chyba każdy słyszał kiedyś o Buszującym w zbożu. Co w nim jest takiego?

Niektórzy zaliczają Salingera do tzw. Beat Generation, awangardowego, nonkonformistycznego prądu literackiego powstałego w latach 50-tych. Ówczesna krytyka konsumpcjonizmu i nieuznawanie autorytetów stanowiły też fundament dla późniejszego ruchu hippisowskiego. Ale o tym pewnie więcej porozmawiamy sobie przy powieści W drodze Kerouaca. Tutaj warto po prostu nadmienić, że Buszujący był częścią większego obrazka, elementem wielkich przemian w amerykańskiej obyczajowości.

Już pierwsze zdania utworu mówią wprost, że mamy przed sobą coś zupełnie nowego (przytaczam dłuższy fragment, bo według mnie całkiem nieźle zachęca do lektury, a trzeba promować czytelnictwo #blogzmisja):

Jeżeli rzeczywiście gotowi jesteście posłuchać tej historii, to pewnie najpierw chcielibyście się dowiedzieć, gdzie się urodziłem, jak spędziłem zasmarkane dzieciństwo, czym się zajmowali moi rodzice, co porabiali, zanim przyszedłem na świat, no i wszystkie tym podobne bzdury w guście „Dawida Copperfielda”, ale ja wcale nie mam ochoty wdawać się w takie gadki, od razu wolę was szczerze uprzedzić. Po pierwsze nudzą mnie te kawałki, a po drugie moich staruszków krew by chyba zalała tam i z powrotem, gdybym coś napisał o ich sprawach osobistych. Okropnie są drażliwi na tym punkcie, zwłaszcza ojciec. Bardzo mili, złego słowa o nich nie powiem, ale drażliwi jak diabli. Zresztą nie zamierzam pisać całej historii swojego życia, nic w tym rodzaju. Chcę tylko opowiedzieć wariacką przygodę, która mi, się zdarzyła około Bożego Narodzenia ostatniej zimy, zanim się tak wykończyłem, że musiałem tu przyjechać na odpoczynek.

Jest to jedna z pierwszych książek, która bez ogródek opowiada o tym, co dzieje się w głowie typowego nastoletniego człowieka. Seks (a częściej: usilne pragnienie uprawiania go), niekiedy wulgarność, używki, niechęć do podporządkowywania się starszym od siebie, mamy tutaj wszystko. I to właśnie sprawiło, że była to jedna z najbardziej kontrowersyjnych książek swoich czasów. Wielu strażników moralności dostawało szału na sam widok tej rzekomo deprawującej młodzież powieści. Zakazywano jej w bibliotekach, zdarzały się przypadki zwalniania nauczycieli, którzy omawiali ją na lekcjach. Dziś brzmi to dla nas jak fantastyka – ale jest tak właśnie dlatego, że jakiś autor musiał przetrzeć szlaki na tym polu.

beleriand_map

Okoliczności śmierci najbardziej znanego z Beatlesów na nowo rozbudziły dyskusje wokół kontrowersyjnych treści zawartych w Buszującym w zbożu.

Trzeba przyznać przeciwnikom tej książki, że świat dostarczył im całkiem sporo amunicji do tej walki. Buszujący w zbożu to, obok Cierpień młodego Wertera, chyba najbardziej znany przykład tego, że KSIĄŻKA MOŻE CIĘ ZABIĆ TAK JAK GRA KOMPUTEROWA. No dobrze, inaczej: że nawet tak pouczające zwykle medium ma szansę wywrzeć zły wpływ na człowieka zagubionego, który może wyczytać z niej coś, czego autor nie chciał wcale przekazać. Mówię tu oczywiście o zamordowaniu Johna Lennona przez Marka Davida Chapmana w 1980 roku. Zabójca został ujęty z egzemplarzem książki Salingera, stwierdził też, że była ona lekturą definiującą jego poglądy i stanowiącą inspirację dla zbrodni, którą popełnił. Ogromnym fanem powieści był także John Hinckley Jr., niedoszły zabójca prezydenta Reagana.

Wiemy już, że książka wzbudzała swego czasu całe spektrum różnych emocji. Od zgorszenia po chore uwielbienie. Jeśli chodzi o mnie – polubiłem ją, krótko mówiąc. Holden był zarozumiałym dupkiem, ale któż nie był takim choć przez moment? Każdy znajdzie tu jakieś kawałki, które zabrzmią znajomo. Sporo fragmentów dziwnie zapadło mi w pamięć, jak spotkanie ze współlokatorem czy odgrywanie postrzelonego człowieka w barze. Takie dziwactwa dnia codziennego. Niby nic nowego, ale dobry pisarz umie wydobyć z nich coś porywającego, a Salinger jest dobry w tym, co robi.

Mimo wszystko jestem też świadomy tego, że książka nie jest w stanie wywrzeć na mnie takiego wrażenia, jak na czytelnikach w latach 50-tych. Wtedy to był zupełny przełom, zerwanie z konwenansami, biblia dla młodych, którzy chcieli czegoś więcej, niż spełnić rolę narzuconą przez społeczeństwo. Dzisiaj takie tematy są na tyle powszechne, że to właściwie one stanowią mainstream światopoglądowy, przynajmniej w sztuce, codziennych rozmowach i promowanym stylu życia. Buszujący w zbożu nie stanowi już jedynej ostoi niezależności dla wszystkich zbuntowanych. I to chyba dobrze.

Powieść nie zmieniła mojego życia, ale oceniam ją na plus i cieszę się, że ją przeczytałem. Jak mało która zasługuje na to, by znaleźć się na Liście: stanowi bardzo wyraźny symbol ewolucji spojrzenia na literaturę, kulturę i nas samych.

***

Przy okazji zachęcam bardzo do komentowania. Czy Buszujący w zbożu wpłynął na Twój światopogląd? A może uważasz, że takie książki są jednak szkodliwe? Albo masz jakieś sugestie co do bloga? Każda uwaga mnie ucieszy, nawet „ok się czytało, pozdrawiam”.

 

 

5 uwag do wpisu “„Buszujący w zbożu”- książka o młodości, która się zestarzała

  1. Czołem Paweł,
    Bardzo przyjemnie czytało mi się Twoją recenzję. Gdybym sam miał się za nią zabrać nie dodałbym, ni ujął niczego.
    O „Buszującym w zbożu” słyszałem kilka lat temu, ale za książkę zabrałem się dopiero przed kilkoma miesiącami. Skończyłem w jedną noc.
    Książka obudziła we mnie wspomnienie czegoś co od lat hibernowało. Jakimkolwiek Holden nie byłby dupkiem, tak trzeba mu przyznać pełnię życia i autentyczność.
    Wydaje mi się, że wśród tego mainstreamu wielu ludzi nie potrafi odnaleźć najprostszej istoty życia. Czyli po prostu przeżywania go.
    Mnie poniekąd opowieść Sallingera przypomniała czym jest życie i jak ważnym jest żeby przeżywać je z maksymalną energią.
    Myślę, że każdy może przeczytać, ale stanowczo nie każdy dojdzie do takich wniosków jak ja.
    ps.
    ciągle myślę co się dzieje z kaczkami kiedy woda w stawie zamarza.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Przeczytane w licbazie, z tytułem zapoznałem się oglądając anime Ghost in the Shell: S.A.C. (pierwszy sezon), cytatem z książki (oraz samą książką jako przedmiotem) Salingera posługiwał się główny antagonista, haker o pseudonimie Laughing Man.
    Połknąłem w jeden dzień, fajna przygodówka. Pojęcia co prawda wtedy nie miałem jaki niby związek, oprócz wyrwanego z kontekstu cytatu ma posiadać książka z bohaterem serialu.
    Moim zdaniem książka zestarzałą się dość fatalnie, bo jako utwór obyczajowy jest co najwyżej dobrze napisana, nic wybitnego. Jako przełomowe dzieło z pewnością ówcześnie miało moc, konfrontowało, dzieliło i wywoływało emocje… No ale w sumie co z tego, wiele innych podobnie odcisnęło się w swoich epokach jednocześnie przechodząc próbę czasu. Nie jest to wina Salingera, skąd mógł biedak wiedzieć, że w pół wieku przygody które opisywał na nikim wrażenia nie zrobią, aż chce się rzec, normalny dzieciak z tego Holdena.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Moim ulubionym późno poznanym terminem związanym z literaturą jest „metonimia”.

    A „Buszującego w zbożu” wspominam bardzo dobrze, bo przeczytałem go w doskonałym momencie biograficznym: miałem wtedy 15 albo 16 lat. Wiele książek trzeba w ogóle czytać w określonym wieku, żeby znalazły oddźwięk w naszym psyche. Od świadomości, że wszystkich dobrych książek w życiu się przeczytać nie zdąży, gorsza jest świadomość, że na przeczytanie wielu dobrych książek jest już za późno.

    Polubienie

    • Ciekawie to ująłeś. Na początku jakoś automatycznie chciałem zaprzeczyć, że przecież jak to, za późno na literaturę? Za późno, by mogła nas poruszyć? Ale niemal natychmiast pomyślałem, że coś w tym jest, prawda. Sam jestem np. uczestnikiem fenomenu Harry’ego Pottera: główny bohater dorastał mniej więcej równolegle do mnie. Czekałem jak nieszczęsny głupek na list z Hogwartu i tak dalej. A potem czytam wypowiedzi starszych czytelników ( > 20), którzy dopiero sięgnęli po sagę i jakoś nie czują, co w niej jest takiego.

      Polubienie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s