„Stąd do wieczności”, moda męska, papierosy Lucky Strike i moralność w Hollywood

From Here to Eternity. 1953. USA. Directed by Fred ZinnemannTo będzie druga z rzędu recenzja książki o amerykańskim żołnierzu w czasie drugiej wojny światowej. Ale bez obaw – pod wszystkimi innymi względami  „Stąd do wieczności” i „Rzeźnia numer pięć” to książki tak różne od siebie, że o żadnej realnej powtarzalności tematów nie może być mowy.

 

Mam sentyment do tej powieści. Trzy lata temu wybraliśmy się ze znajomymi do Zakopanego na Sylwestra. Łażąc po mieście natrafiliśmy na antykwariat, który przypominał trochę ten z „Niekończącej się opowieści”: stare, niemal pozbawione klientów miejsce, z właścicielem wyglądającym, jakby prowadził ten interes od czterdziestu lat. Wszędzie tyle tajemniczych tomów. Moją uwagę przykuło „Stąd do wieczności”, kupiłem na pamiątkę. Sylwester udał się świetnie, wróciliśmy do Suwałk, a ja chyba dopiero w domu zauważyłem, że kupiłem… drugą część dwutomowego wydania. Przeczytałem, potem znalazłem pierwszy tom w bibliotece, też przeczytałem. I tak w ten nieuporządkowany sposób udało mi się zapoznać z arcydziełem Jamesa Jonesa. Historia może mało ekscytująca, ale budzi miłe wspomnienia.

Książka opowiada o pobycie szeregowca Prewitta i jego przyjaciół w bazie wojskowej na Hawajach w 1941 roku. Krótko po przybyciu do nowej jednostki, nasz bohater odbywa rozmowę ze swoim przełożonym, kapitanem Holmesem, który próbuje namówić go do wzięcia udziału w urządzanych przez wojsko zawodach bokserskich. Posiadanie czempiona w oddziale uczyniłoby go bardziej zauważalnym dla wyższego dowództwa. Prewitt jednak odmawia: dawniej był naprawdę dobrym pięściarzem, jednak na skutek nieszczęśliwego wypadku oślepił swojego przeciwnika i od tamtego czasu obiecał sobie, że nie będzie więcej walczył.

Chyba już wiecie, do czego to zmierza. Dalsze rozdziały to świetnie ukazana walka pojedynczego idealisty z wojskową machiną. Kolejne upokorzenia doznawane ze strony przełożonych, dodatkowe obowiązki i inne trudności mają na celu złamać Prewitta i nakłonić go do wzięcia udziału w zawodach. Jones ukazuje, że są miejsca, gdzie człowiek nie jest w stanie pozostać tym, kim chciałby być: albo sam ulegnie i porzuci to, w co wierzy, albo jego indywidualizm spotka się z surową karą.

„Stąd do wieczności” to jedna z pierwszych powieści stawiających sobie za cel odbrązowienie armii amerykańskiej oraz wojny w ogóle (za absolutnego pioniera trzeba uznać „Na Zachodzie bez zmian”). Kariera wojskowa nie jest tu opisywana jako szlachetne powołanie i służba ojczyźnie, a bardziej jako zajęcie, którego podejmują się młodzi ludzie bez pomysłu na siebie. Żołnierze, dowodzeni przez egoistycznych, pochłoniętych karierą dowódców, nierzadko zwracają się przeciw sobie, toczą bójki i kłótnie. Przepustki i żołd trwonią w kasynach i domach publicznych. W ich życiu jest też miejsce na przyjaźń i miłość, ale czasem trudno im je odnaleźć. Warto wspomnieć, że historia jest luźno oparta na doświadczeniach samego Jonesa.

Chinos 1953 washingtonpostcom

Ekranizacja przyczyniła się do ogromnej popularności chinosów, bawełnianych spodni (najczęściej koloru khaki) noszonych przez żołnierzy amerykańskich w tamtym czasie. (źródło)

Ale wszystko to dawałoby tylko przyjemną lekturę o konflikcie jednostki ze społeczeństwem (tutaj: wojskowym), a takich nie brakuje. Każdy z nas ma też za sobą jakąś ilość antywojennych powieści i filmów. Prawdziwą niepowtarzalność zapewnia książce dopiero świat przedstawiony. Ten urzekł mnie w stu procentach. Trudna do zdefiniowania parna, wilgotna atmosfera wysp na Pacyfiku, wspólne śpiewanie bluesa przy ognisku, ściany baraków obwieszone pin-up girls i wieczorne słuchanie radiowych wieści z kontynentu. Ujął mnie, jako amerykanofila, obraz społeczeństwa Stanów Zjednoczonych tamtych czasów, wzbogacony dodatkowo hawajskim klimatem.

Zapadł mi w pamięć fragment z samego końca książki, gdy po japońskim ataku na Pearl Harbor żołnierze słuchają audycji radiowej i pojawia się tam enigmatyczna reklama papierosów:

Zielony Lucky Strike poszedł na wojnę. Zielony Lucky Strike poszedł na wojnę.

Zaintrygowany, poszukałem trochę i znalazłem, o co chodziło. Przed wybuchem wojny paczki papierosów marki Lucky Strike były zielone. Po tym, jak Ameryka włączyła się do wojny, zaczęto używać białych opakowań, rzekomo w celu oszczędzania chromu, który był bardzo potrzebny w przemyśle wojennym. Rebranding miał więc medialny patriotyczny wydźwięk, choć chodziło głównie o odświeżenie marki i zdobycie klientów wśród kobiet, którym oryginalna barwa nie odpowiadała.

Ale moment z reklamą był w książce czymś więcej, niż okazją do przekazania ciekawostki. Na swój sposób był niesamowicie podniosły, zwykły slogan stanowił zapowiedź wszystkich wydarzeń, jakie miały nadejść. Midway, Filipiny, Okinawa. Na zakończenie książki liczącej tysiąc stron mamy początek czegoś większego.

 Letters From Home

„Drogi Johnie”. Każdy żołnierz bał się, że następny list z kraju od jego dziewczyny czy żony zacznie się od tych słów. Nie „kochany” czy „najdroższy”.  Mówiło się, że po takim wstępie facet nie musiał nawet czytać dalej, schemat był zwykle taki sam: jego ukochana poznała kogoś, chce przeżywać życie już teraz, a nie czekać latami na powrót ukochanego z wojny, której końca wciąż nie było widać. Dostać Dear Johna to idiom popularny w armii do dziś. Scenę z listem mamy też w „Cienkiej czerwonej linii” – rozdziera serce.

I Jones nie poprzestaje na tym: „Stąd do wieczności” to pierwsza część świetnej trylogii. Tytuł następnej części, opowiadającej o wojnie na Pacyfiku, na pewno kojarzycie ze znanej ekranizacji z 1998 roku – to „Cienka czerwona linia”. Choć dobra, nie zrobiła już na mnie takiego wrażenia: chyba za bardzo już byłem przyzwyczajony do tego rodzaju narracji i scenerii po serii filmów o wojnie wietnamskiej („Łowca jeleni”, „Pluton”, „Full Metal Jacket”, „Czas Apokalipsy”). Świat przedstawiony w pierwszej części trylogii pozostaje unikatowy nawet wiele lat po jej opublikowaniu.

To chyba w dużej mierze kwestia tego, że pomimo tego, że cała historia dotyczyła wojska, „Stąd do wieczności” nie dzieje się w czasie wojny. Żołnierze mają ciągły kontakt z amerykańską ludnością cywilną i mieszkańcami Hawajów (które w tamtym czasie nie były jeszcze stanem), bardziej zajmuje ich wynik następnego meczu bokserskiego niż to, iloma samolotami dysponuje Cesarstwo Japonii. Świadomy bliskiego ataku czytelnik w ich beztroskim zachowaniu widzi niemal niewinność. Tym bardziej piorunujące wrażenie wywiera zakończenie.

Na koniec: kwestia ekranizacji z 1953 roku. Osiem Oskarów, Frank Sinatra, absolutnie ikoniczna scena na plaży (do obejrzenia tutaj – ale najlepiej jest zobaczyć cały film, polecam!) – czy dalsza reklama jest w ogóle potrzebna? Chyba zamiast tego chciałbym skupić się tylko na jednej sprawie.

To były dziwne czasy w Hollywood. W latach trzydziestych, na skutek licznych skandali wśród aktorów oraz protestów organizacji religijnych i obywatelskich, wytwórnie filmowe zgodziły się na utworzenie tzw. kodeksu Haysa, zawierającego obostrzenia etyczne, których musieli przestrzegać twórcy, jeśli chcieli, by ich dzieła pojawiły się w kinach. Pełny tekst kodeksu znajdziecie tutaj (po angielsku). Mamy tam takie rzeczy jak zakaz pokazywania związków międzyrasowych, pijaństwa czy zbrodni, która uchodzi na sucho. Sceny pocałunków nie mogły być dłuższe niż trzy sekundy, ukazywanie nagości, a nawet tańców zabarwionych erotyzmem było surowo zakazane. Bohaterowie nie mogli używać wulgaryzmów. W dużym skrócie: promowanie zachowań i postaw godzących w ówczesny publiczny porządek było surowo wzbronione.

Znalezione obrazy dla zapytania lucky strike pin up girl

Pin-up girl na opakowaniu papierosów Lucky Strike – już białym.

Ekranizacji powieści Jonesa też się oczywiście oberwało. Wątki homoseksualne zostały zupełnie wycięte. Zmieniono także zakończenie, by pokazać amerykańskie dowództwo z nieco lepszej strony i nie obniżyć zaufania obywateli wobec armii.  Scenę na plaży ledwo zaakceptowano: pocałunek musiał być krótki, a „sugestywnie” rozbijające się o zakochanych fale decydenci przyjęli z dużym zgorszeniem.

Jeśli lubicie filmy z tamtych lat (’30 – ’60, mniej więcej), polecam sprawdzić je pod kątem tej przedziwnej dziś cenzury obyczajowej w Fabryce Snów. Twórcy „Przeminęło z wiatrem” musieli stoczyć prawdziwą wojnę, byśmy mogli cieszyć się kultowym Frankly, my dear, I don’t give a damn. Końcówka pierwszego filmu o Draculi z 1931 roku została ucięta, bo zasugerowano tam istnienie potworów w prawdziwym świecie, co obrażało bardziej świętobliwych Amerykanów. Dziwne czasy, wręcz ponure – ich koniec to jedna z konsekwencji rewolucji obyczajowej lat 60-tych.

Wróćmy jeszcze do książki, której należy się krótkie podsumowanie: „Stąd do wieczności” być może nie nauczy Was niczego nowego. Powieść ta nie zapoczątkowała nowego prądu literackiego ani nie stanowi rozrachunku ze starym. Jest to najzwyczajniej w świecie piękna, przyjemna lektura, prezentuje świat, w którym utoniecie. Przeczytajcie, bo warto.

***

Od czasu recenzji „Buszującego w zbożu” zastanawia mnie jedna rzecz. Skupiłem się tam bardzo na tym, że książka zestarzała się: przy zalewie nowej literatury, poruszającej te same tematy, trudno jest znaleźć w tym dziele coś nowego dla siebie. Tylko czy sprawiedliwe jest stawiania takich zarzutów klasyce? Czy fakt, jak wielką inspiracją dla późniejszych twórców jest powieść, jak wiele z niej zaczerpnięto, nie jest właśnie miarą jej wielkości? Z drugiej jednak strony: czy recenzja nie powinna przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie: czy dobrze się to czytało, czy lektura dała mi przyjemność? O to przecież chodzi przede wszystkim, a fakt, że niczym nas książka nie zaskoczyła, nie pokazała nic nowego, na pewno wpływa na nasz jej odbiór. Jak myślicie? Czy warto zwracać na to uwagę – a może szukanie oryginalności w starych książkach to kuriozum?

Przy okazji: na Facebooku utworzyłem fanpage poświęcony mojemu blogowi. To chyba najprostszy sposób, by szybko dowiedzieć się o tym, że powstała nowa recenzja, więc zapraszam do polubienia. Przycisk znajdziecie w prawym górnym rogu strony.

3 uwagi do wpisu “„Stąd do wieczności”, moda męska, papierosy Lucky Strike i moralność w Hollywood

  1. Tylko czy sprawiedliwe jest stawiania takich zarzutów klasyce? Czy fakt, jak wielką inspiracją dla późniejszych twórców jest powieść, jak wiele z niej zaczerpnięto, nie jest właśnie miarą jej wielkości?
    I tak, i nie. Klasyka przez duże „K” powinna bronić się po upływie dekad, nawet jeśli dała początek nowemu subgatunkowi i nawet jeśli epigoni ją wreszcie przerośli. William Deresiewicz mądrze to ujął: „Zaś wybitne książki, te, które widnieją w syllabusach, które ludzie czytają od dawna i wciąż na nowo — takie książki nie są lustrem oklepanych prawd swych epok. Opowiadają one o rzeczach posiadających odwieczną moc rozrywania nawyków myślowych. Były rewolucyjne wtedy. Są wciąż rewolucyjne dzisiaj.”

    na Facebooku utworzyłem fanpage poświęcony mojemu blogowi. To chyba najprostszy sposób
    Nie wypaczaj ludzi. 🙂 Najprostszym sposobem na subskrybowanie blogów jest od lat RSS (np. Feedly).

    Polubienie

    • Dzisiaj bez konta na Facebooku to nawet studiować ciężko, tam teraz płynie większość informacji, nie na specjalnych forach dyskusyjnych, jak jeszcze to miało miejsce 5-6 lat temu :).

      O Feedly nigdy nie słyszałem, teraz sobie zerknąłem. Z tego co rozumiem, nie muszę nic instalować czy konfigurować, by ludzie mogli subskrybować blog za jego pomocą?

      Polubienie

      • Ad Facebook: Czytałem niedawno fascynujący artykuł, którego autor zauważył, że Facebook zarabia miliony na… obniżaniu poziomu uniwersytetów. Chodzi o to, że dawniej studenci skupiali uwagę na wykładach, a teraz siedzą w salach wykładowych na FB, klikają sobie tępo, a korporacja zarabia dzięki reklamom.

        Ad Feedly: Nie, nie musisz nic robić. Prawie każdy blog i każdą stronę można dodać do swojego feeda samodzielnie. Możesz ewentualnie wrzucić u siebie na bocznym pasku ikonkę do RSS-a, ale w gruncie rzeczy kto RSS-a zna, poradzi sobie doskonale bez niej, a kto go nie zna, ten i tak nie będzie wiedział, o co chodzi. Polecam Ci gorąco RSS-a do subskrybowania interesujących Cię stron. To wspaniałe i wygodne narzędzie, dużo lepsze niż Facebook. Feedly jest bardzo dobrym, darmowym front-endem, choć bez trudu znajdziesz też inne. Autor tego książkowego blogu też poleca. 🙂

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s