„Most San Luis Rey” – a także poradnik jak wybudować sobie pomnik trwalszy od spiżu nie wychodząc z domu

41ex-rjeunl._sy346_Nie brakuje książek, które same w sobie nie zrobiły aż takiego wrażenia na czytelnikach lub krytykach, ale mimo to wielu znanych autorów czerpało z nich inspirację, gdy tworzyli swe wiekopomne dzieła. A czasami czyjaś twórczość nie przypada nam do gustu, ale potem ze zdziwieniem dowiadujemy się, że jej przeczytanie było definiującym przeżyciem dla któregoś z naszych ulubionych pisarzy. I tak właśnie mam z Mostem San Luis Rey.

Powieść Thorntona Wildera (trzykrotnego zdobywcy nagrody Pulitzera, jedną otrzymał właśnie za recenzowany tu tytuł) opiera się na prostym założeniu: w wyniku nieszczęśliwego wypadku, most przewieszony nad rzeką San Luis Rey ulega zerwaniu, co skutkuje śmiercią pięciorga przechodzących nim wtedy osób. Poruszony katastrofą mnich Juniper stara się dociec jaką drogę w życiu przeżyły ofiary: co sprawiło, że znaleźli się tam akurat w tym czasie i czy da się odnaleźć w ich losach jakąkolwiek prawidłowość? Jakiś boski plan albo podparty statystyką wspólny mianownik?

Po wstępie, każdy kolejny rozdział jest poświęcony historii życia jednej z ofiar, aż do momentu jej znalezienia się na moście. Może to bardzo płytkie skojarzenie wynikające z podobieństw imion i geografii (Ameryka Łacińska), ale akcja powieści wydała mi się bardzo podobna do Stu lat samotności. Historię poznajmy z punktu widzenia wielu bohaterów, a ich losy są w największej części determinowane przez targające nimi pasje – miłość, nienawiść czy zazdrość.

Książka kończy się budująco:

Rychło pomrzemy i wtedy cała pamięć o tamtych pięciorgu opuści ziemię i nas także będą wspominać przez chwilę i zapomną. Ale miłości będzie dosyć. Wszystka miłość zwraca się do miłości, która ją zrodziła. Nawet pamięć nie jest potrzebna dla miłości. Jest kraj żywych i kraj zmarłych, a mostem między nimi jest miłość. I tylko ona przetrwa, tylko ona ma znaczenie.

I, prawdę mówiąc… nie umiem o powieści Wildera powiedzieć nic więcej. Autor miał na nią nowatorski pomysł, ma też u mnie plusa za zwięzłość (powieść liczy sobie nieco ponad sto stron), ale tak naprawdę niczym mnie nie porwała, niczym nie zainteresowała czy zdziwiła. Opis utworu na Wikipedii brzmiał ciekawiej niż sam utwór. Wielka szkoda. Dwie gwiazdki na pięć, nie polecam.

Motyw mniej lub bardziej przypadkowego spotkania wszystkich bohaterów w jednym miejscu był później często powielany. Most San Luis Rey wywarł na przykład wpływ na dwie książki, które bardzo polubiłem, a biorąc pod uwagę, że nie znajdują się one na liście Modern Library, to właściwie jedyna okazja, by powiedzieć o nich parę słów, także w kontekście tego, w jaki sposób inspirowały się one twórczością Wildera.

Atlas zbuntowany – moje guilty pleasure

Boże, jak ludzie nienawidzą tej książki. Opisana tam przez Ayn Rand filozofia obiektywistyczna wzbudza powszechne oburzenie w literackich środowiskach, gdzie od dawna popularnością cieszą się bardziej lewicowe poglądy. Dość słusznie krytykowane są również jednowymiarowe postacie i miejscami zbyt nachalne wtłaczanie w czytelnika światopoglądu autorki. Należy jednak pamiętać, że Atlas ukazał się w roku 1957, a Rand na własnej skórze doświadczyła okropieństw komunizmu, nim uciekła wraz z rodziną ze Związku Radzieckiego do Ameryki. Uznała, że brutalnej, chorej ideologii można przeciwstawić tylko jej zupełne przeciwieństwo: doprowadzony do skrajności liberalizm. Komunizm został już zweryfikowany przez ekonomię i historię, także naszego kraju, nie porywa już nikogo prócz garstki naiwnych. Być może ostry przekaz Rand trochę się już zdezaktualizował, ale jej oryginalna perspektywa sprawia, że każdemu poleciłbym dać tej książce szansę.

Bardzo mi się na przykład podobał opisany świat przedstawiony, kompletnie różniący się od typowych dystopii science-fiction, gdzie wszystko opanowane jest przez nastawione na zysk korporacje. Tutaj rola przedsiębiorców jest idealizowana, stoją oni w opozycji do chorego systemu, który w swym wypaczonym rozumieniu egalitaryzmu i sprawiedliwości równa wszystkich w dół, na czym najbardziej zyskują osoby pozbawione umiejętności i chcące przypisać sobie cudze zasługi. Protagonistami nie są tu robotnicy, wykorzystywani przez złowrogich właścicieli fabryk. Pierwsze skrzypce w fabule grają utalentowani wizjonerzy, ogarnięci pasją zakładania biznesów i doskonalenia ich.

Gdzie więc mamy nawiązanie do Mostu San Luis Rey? Mniej więcej w połowie powieści dochodzi do katastrofy pociągu. Śmierć ponosi wielu ludzi i choć większość pasażerów nie jest w żaden sposób powiązana z branżą transportową, narrator podkreśla, że mimo to przyczynili się oni do wypadku i są współwinni temu, co się stało. Zginęli na przykład dziennikarze propagujący nową ideologię, niszczącą zdrową konkurencję i doprowadzającą do rozkładu przemysłu. Politycy, którzy te idee zaakceptowali i wpisali je w obowiązuje prawo. Ekonomiści, preferujący rządowe granty od zdradzenia swych obaw wobec nadchodzących przemian. To wszystko odbiło się na każdej dziedzinie gospodarki, także na taborze kolejowym: brakowało materiałów, innowacji, zaangażowania i chęci dostarczenia najwyższej jakości usług. Doprowadziło to do licznych zaniedbań, których wypadkową była wspomniana katastrofa.

Grupa osób niezależnie od siebie wsiada do pociągu, dochodzi do tragedii, a nam pozostaje odkryć, czy i co sprawiło, że to właśnie ich spotkał taki los. Brzmi trochę znajomo, prawda? Nie jest to najważniejsza scena książki, takich fragmentów-przypowieści jest w Atlasie mnóstwo (bądź co bądź, liczy on sobie tysiąc stron – a Ryan próbowała uczynić z niego Biblię nie tylko objętością). Ten moment ciekawie pokazuje jednak, jak stare motywy można ubrać w coś zupełnie nowego.

Atlas chmur – exegi monumentum

Jest tylko garstka książek i filmów, o których mogę powiedzieć, że w wyraźny sposób zmieniły moje myślenie. Oczywiście, takie procesy nie zawsze przebiegają świadomie. W przypadku powieści David Mitchella i jej ekranizacji mogę jednak śmiało powiedzieć, że mój pogląd na wiele spraw uległ widocznej przemianie po tym, jak się z nimi zapoznałem.

Atlas chmur również ma wielu bohaterów, ale ich losy dzielą od siebie setki lat. Jednym z nich jest notariusz Adam, żyjący w okresie kalifornijskiej gorączki złota, inny to wydawca z czasów współczesnych. Chyba najważniejsza bohaterka pracuje jako kelnerka w dystopicznej przyszłości, a jeszcze jedna postać to członek prymitywnego plemienia w post-apokaliptycznej wizji tego, czym ta dystopia się skończy. Czy taki miszmasz epok ma jakikolwiek sens? Tutaj wydaje się on znajdować uzasadnienie.

Choć opisywane postaci różni właściwie wszystko, to jednak łączy je cienka, cieniutka linia czynów i ich skutków. Księgowy podczas podróży prowadzi dziennik, czytany wiele lat później przez młodego kompozytora. Ten pisze listy do swojego przyjaciela, który po kilku dekadach pomaga następnemu z naszych bohaterów i tak dalej (nie chcę zdradzać zbyt wiele). Książka (a jeszcze bardziej ekranizacja – moim zdaniem to rzadki przypadek, gdy jest ona lepsza) pokazuje, jak pozornie nieważne wydarzenia mogą mieć wpływ na wielu. Nasze czyny rozchodzą się w czasie jak kręgi po wodzie, wpływają na najbliższe otoczenie, które jakoś na nie reaguje, co prowadzi do następnych decyzji i tak do końca świata. Reakcja łańcuchowa, unieśmiertelniający każdego z nas efekt motyla. Być może od tego, co zjesz jutro na obiad, zależy to, czy za tysiąc lat upadnie jakieś imperium – bo czemu nie? Konsekwencje Twoich działań tak naprawdę nigdy nie znikają z tego świata. Może przetrwają dłużej niż wiersze Horacego?

Autor nie kryje tego, że wzorował się na powieści Wildera – jedna z bohaterek nazywa się nawet Luisa Rey! „Przekaz” Atlasu (a raczej moja jego interpretacja) pozornie nieco spłyca temat: z wiecznie krążącej miłości do wiecznie krążącego… bo ja wiem, wszystkiego? Wszystkiego co robimy? Coś takiego jednak bardziej mi odpowiada: proza życia wydaje się bardziej uniwersalna i prawdziwa. Z drugiej strony: Most sprawia wrażenie ciekawego uzupełnienia tego, co wyniosłem z Atlasu Chmur: bo skoro wiemy już, że mamy tak duży (choć przez nas niepoznawalny) wpływ na świat, to czemu tym wpływem nie miałaby być właśnie miłość?

***

Częstą reakcją na zestawienia w rodzaju „100 najlepszych książek” jest: „co to znaczy najlepsza? to jest bardzo subiektywna sprawa!”. Zgadzam się: każdemu podoba się co innego, jeśli chodzi o sposób prowadzenia historii, bohaterów, złożoność opisów. Niektórzy uważają, że eksperymenty modernistów z formą to najlepsza rzecz, jaka spotkała literaturę w przeciągu ostatnich stu lat, a inni nie potrafią czerpać z ich czytania żadnej przyjemności. Jedni szukają w książkach fotorealizmu i analizy konkretnych problemów, inni – źródła eskapizmu i rzeczy, których na co dzień nie da się doświadczyć. Istnieje jednak czynnik, który można zmierzyć całkiem obiektywnie, jeśli zadamy sobie trochę trudu: jest to wpływ, jaki książka wywarła na innych twórców. Wielu z nich nie stroni od opisania, na kim się wzorowali i skąd czerpali inspiracje (a czasem to po prostu widać gołym okiem), więc opierając się na takich relacjach możemy uzyskać wymierną ocenę konkretnego utworu – przynajmniej pod tym jednym względem. Most San Luis Rey mi się nie podobał: spodobał się jednak autorom, których cenię, w jakiś sposób ich ukształtował: doceniam to.

Ale lepiej przeczytajcie Atlas chmur.

3 uwagi do wpisu “„Most San Luis Rey” – a także poradnik jak wybudować sobie pomnik trwalszy od spiżu nie wychodząc z domu

  1. Pingback: Lista Modern Library | Modern Library Challenge

Odpowiedz na Paweł Birgiel Anuluj pisanie odpowiedzi

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s