„Mag”, Phraxos i Amager

Znalezione obrazy dla zapytania magus fowlesTo nie jest normalne, żeby zabierać się kilka miesięcy do pisania recenzji, zwłaszcza, że mam sporo przeczytanych już książek do wyboru. Ale czegoś mi brakowało, jakiejś (jakiejkolwiek?) myśli przewodniej, o którą mógłbym oprzeć swoje wywody. Chyba w końcu coś znalazłem. I choć zwykle we wstępie zwykło się zawierać jakąś zapowiedź tego, czego spodziewać się po danych tekście, ja zacznę od napisania, czego recenzja dotyczyć nie będzie. 

Mag Fowlesa z jakiejś przyczyny był na polskiej Wikipedii określony jako książka fantasy (już nie jest, ale skromność nie pozwala mi na zdradzenie, kto dokonał tej jakże istotnej poprawki) i dawniej byłem przekonany, że główną zaletą płynącą z jej przeczytania będzie możliwość napisania czegoś ogólnego o tym gatunku samym w sobie. Pozostaję fanatycznie wiernym fanem Władcy Pierścieni czy Wiedźmina i żywię może płonną nadzieję, że dałbym radę napisać na ich temat choć kilka odkrywczych zdań. Jednak ku mojemu zdziwieniu okazało się, że na tysiącu stron tej powieści tak naprawdę nie ma żadnego fantasy! Jest mnóstwo dziwnych, tajemniczych zdarzeń, jest hipnoza, mistycyzm, ale nie ma tam (chyba?) niczego, czego nie odnaleźlibyśmy w naszym świecie. Pod tym jednym względem Mag okazał się pewnym rozczarowaniem i po jego ukończeniu w zeszłym roku nie sądziłem, że będę miał w bliskiej przyszłości pomysł na zrecenzowanie tej powieści. Jakiś czas temu jednak ta sytuacja uległa zmianie.

Książka przedstawia historię młodego Anglika żyjącego w połowie ubiegłego wieku, który po kilku zawirowaniach w swoim życiu (i może trochę z braku pomysłu na siebie) postanawia objąć posadę nauczyciela na jednej z malowniczych greckich wysp. Szybko zawiązuje on znajomość z mieszkającym tam bogatym ekscentrykiem, co skutkuje wieloma niezwykłymi, trudnymi do wyjaśnienia wydarzeniami. Zaczyna się między nimi subtelna gra półprawd i złudzeń, oparta głównie na dialogach i „przedstawieniach” misternie przygotowanych przez nowo poznanego przez protagonistę człowieka.

Nie ma tu zbyt wiele akcji, większość opiera się na rozmowach i obserwacji dziwacznych zdarzeń, całość przyspiesza pod koniec, ale niezbyt mocno (w dodatku zakończenie niezbyt mi się podoba, prawdę mówiąc – wydaje się trochę nie pasować do reszty). Z pewną dziecinną dumą („przeczytałem z przyjemnością grubą książkę opartą głównie na wysublimowanych konwersacjach!”) muszę powiedzieć, że w ogóle mi to nie przeszkadzało. Atmosfera tej historii jest naprawdę niepowtarzalna, z niecierpliwością próbujemy odgadnąć nie co bohaterowie zrobią, ale co będą mówić. A główny bohater, choć jest pełen wad i trudno z nim w pełni sympatyzować, pozostaje także realnym tak bardzo, że ciężko pozostać obojętnym na jego przeżycia.

Tak, raczej polecam. Tylko nie czekajcie na elfów i smoki, bo ich nie będzie.

Mag przypomniał mi się, bo na początku tego roku przeprowadziłem się do Kopenhagi. Jej mieszkańcy nie noszą imion greckich filozofów, a pogodzie daleko do śródziemnomorskiej, ale, jeśli chodzi o pobudki dla których postanowiłem tu zamieszkać, widzę jakieś analogie między sobą a Nicholasem (ale niewielkie – dostrzegać więcej byłoby próżnością, ja nie jestem aż tak ciekawy jak on). Chyba po prostu mam nadzieję, że nauczę się tu czegoś. Zmiana środowiska potrafi być ponoć kształcąca. Tak czy inaczej, chciałbym ten tekst zakończyć kilkoma luźnymi przemyśleniami na temat tego, co dotąd zwróciło moją uwagę w Danii.

NemID

Internetowa bankowość w Polsce bije moim zdaniem na głowę tę w wielu krajach Europy Zachodniej. Na to chyba jest jakiś mądry termin, prawda? Kiedy jakiś kraj dopiero od niedawna jest w miarę zamożny i nagle jego infrastruktura (np. Internet) bije na głowę tę w USA czy Wielkiej Brytanii, bo łatwiej jest zbudować nowe rozwiązanie od zera niż przebudować stare. W przypadku bankowości nie chodzi tylko o tak prozaiczne kwestie jak przejrzystość interfejsu użytkownika (choć do dziś śni mi się po nocach brzydota strony włoskiego banku, z którego usług korzystała kiedyś moja siostra), ale także dostępne funkcjonalności. Takie rozwiązania jak PayU nie byłyby popularne, gdyby banki nie „otworzyły dla nich swoich bram” (API).  Bank24.blox.pl wymienia inne osiągnięcia:

Jesteśmy drugim po Wielkiej Brytanii krajem, w którym wdrożono przelewy natychmiastowe (w czasie rzeczywistym, siedem dni w tygodniu). Należymy do europejskiej czołówki pod względem liczby wydanych kart płatniczych z modułem NFC (15,1 mln na 33,3 mln wszystkich będących w obiegu). Polscy klienci jako jedni z pierwszych mogli płacić za zakupy telefonem komórkowym (przed nami taką możliwość mieli jedynie Francuzi i Brytyjczycy). To u nas odbyła się premiera bankomatu biometrycznego (w 2010 r. uruchomił go PBS w Sanoku).

To jednak nie znaczy, że nie ma nic, czego nie moglibyśmy się nauczyć od innych krajów w dziedzinie cyfryzacji usług. W takiej Estonii można głosować przez Internet. A w Danii jest NemID, system logowania i cyfrowego podpisu, powszechnie wykorzystywany przez strony rządowe, banki i mnóstwo innych instytucji. Po wpisaniu swojego loginu, hasła i jednego z jednorazowych haseł z karty kodów (dostępna jest też aplikacja), możemy na przykład rozliczyć podatki za ubiegły rok albo potwierdzić płatność w banku. Samo rozwiązanie jest oparte na szyfrowaniu asymetrycznym (więcej szczegółów tutaj). Taki pojedynczy punkt wejścia do większości istotnych (z punktu widzenia obywatela/klienta banku/pacjenta) portali jest szalenie wygodny: bardzo rzadko na przykład dostaje się tu jakiekolwiek fizyczne listy z urzędu skarbowego czy urzędu miasta: większość korespondencji trafia na specjalny adres mailowy (dostęp za pomocą NemID, naturalnie). Istnieje też specjalny portal, gdzie możemy prowadzić korespondencję ze swoim lekarzem rodzinnym.

Wygoda, ale przede wszystkim ciekawe osiągnięcie: wprowadzenie krajowego standardu logowania.

Hygge

To jest taki zabawny temat i zabawne słowo, które ostatnio bardzo zyskało na popularności. W jednym zdaniu: chodzi o ogólne wrażenie przytulności, spokoju i relaksu. Hygge przywodzi na myśli cichy wieczór, gdy opatuleni kocykiem czytamy książkę, od czasu do czasu pociągając łyk gorącej czekolady. Może jakaś świeczka zapachowa albo słuchanie muzyki ze znajomymi. Ale „problemy” zaczynają się, gdy ktoś próbuje utworzyć jakąś konkretną definicję tego całego hygge. Jako że mam okazję pracować z paroma Duńczykami, zasięgnąłem ich opinii na ten temat – tak w ramach etnograficznej ciekawości.

W hygge dostrzegam pewien konflikt idei. Z jednej strony mamy więc postawę, która wydaje się być traktowana przez ogół Duńczyków z lekkim rozbawieniem: postawę która każe widzieć w tym słowie nową filozofię życia. Niedawno hygge prawie zostało słowem roku w Wielkiej Brytanii (przegrało z Brexitem), na potrzeby miłośników Skandynawii pisze się całe książki na temat tego, jak „być hygge”, w Gdańsku zbudowano nawet osiedle „zgodne z filozofią hygge”.

To jest pewnie przesada. Z drugiej strony słyszałem opinie, że hygge oznacza po prostu „przytulny” po duńsku i tyle, ale to też wydaje się zbyt mało. Słowo to wydaje się określać dość specyficzny, wyciszony sposób spędzania czasu samemu lub z bliskimi, nawet kumplami. Mama znajomego czasem go pyta, gdy wraca od kolegów, „was it hygge?” (jakkolwiek to było po duńsku). Nie powinno poruszać się poważnych tematów, nic o polityce (w Polsce to bywa niełatwe!). Kilka piw jest hygge, chlanie na umór nie. Seks raczej hygge nie jest.

Nie lubię powiedzenia, że prawda zawsze leży pośrodku, ale może tutaj ono pasuje? Chyba nie mam żadnych konkretnych wniosków poza tym, że moja nie do końca poważna próba ustalenia „czym jest hygge” doprowadziła do kilku zabawnych rozmów.

Duński funkcjonalizm

Szpital miejski w Århus (źródło)

Europejskie miasta są pewnymi względami bardzo do siebie podobne. Dające się policzyć na palcach jednej ręki kościoły w stylu romańskim, może jakiś zamek. Kilka gotyckich katedr, stare miasto z rzędami mieszczańskich kamienic – renesans albo neoklasycyzm. Jakiś barokowy pałacyk…

Rety, brzmię jak kompletny ignorant. Inaczej: w europejskich miastach da się znaleźć elementy współdzielone przez większość z nich, więc dużą przyjemność zawsze daje mi odnalezienie tego pierwiastka wyjątkowości, który wyróżnia dane miejsce na tle mu podobnych. W Danii przede wszystkich rzuca mi się w oczy fakt, że czerwona cegła nie jest budulcem kojarzonym tu jedynie ze strzelistym gotykiem. Jeszcze w XX wieku wzniesiono z jej pomocą wiele gmachów, na początku głównie budynków socjalnych, a z czasem nawet luksusowych apartamentowców – to zresztą robi się do dzisiaj. Jest w tych lśniących (czy cegły mogą lśnić? może nie) nowością, równych ścianach coś niepowtarzalnego.

Wiecie, że Duńczyk zaprojektował Operę w Sidney?

Smørrebrød

Narodową potrawą Danii jest kanapka, smørrebrød – chleb razowy posmarowany masłem, a do tego najprzeróżniejsze składniki, od zimnych wędlin po śledzie, krewetki czy kawior. Często jakiś sos. Mimo wszystko brzmi trochę niepozornie, prawda? Według mnie fajnie oddaje to jednak ideę tego, co naprawdę je się tu na co dzień.

Byłem miesiąc temu z nowymi kolegami z pracy w polskiej restauracji. Chcąc zapoznać się z naszą rodzimą kuchnią, zapytali mnie na jakie danie powinni się zdecydować – pieczeń z dzika czy kaczkę nadziewaną cytrynami. Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć, bo takich potraw u mnie w domu nie jadło się właściwie nigdy. Na szczęście w menu były też pierogi. I wydaje mi się, że w Danii może być podobnie: jest sporo wykwintnych potraw wywodzących się z tamtejszej kulinarnej tradycji, ale nie goszczą one tak naprawdę zbyt często na stołach. Jeśli chcecie poczuć się jak mieszkaniec Skandynawii, zjedzcie smørrebrød.

[Zdjęcie wyżej jest z Wikipedii]

Losowe przemyślenia

To takie dziwne, że Duńczycy zwykle nie zasłaniają okien wieczorami. I tak ciężko było mi na początku kupić mleko, bo było tylko „chude mleko”, „średnie (?) mleko”, „tłuste mleko”, oczywiście po duńsku, a ja się bałem, że to maślanka albo coś podobnego. A gdzie zwykłe mælk? Dużo lukrecji i słonych słodyczy. Christiana okazała się pewnym rozczarowaniem, miałem w głowie (trochę naiwnie) wioskę Dzieci Kwiatów, kolory, atmosferę Festiwalu Woodstock. Choć ciekawie, było raczej szaro, główną atrakcją w środku dnia było paru ponurych typów z wystawionym towarem. Wiosną/latem jest tam na pewno ładniej.

Wszyscy mówią, że ludzie tu są tacy zamknięci w sobie, a mi nie wydają się bardzo różnić od Polaków. Na Facebooku czytałem wpisy Hiszpanów czy Hindusów, którzy piszą, że chcą stąd w końcu wyjechać, bo nie wyobrażają sobie, by ich dzieci dorastały w kraju tak zimnych ludzi. No cóż ¯\_(ツ)_/¯.

***

Zaraz, to o czym mówiliśmy? Tak, Maga warto przeczytać. A te zapiski wyżej chyba w dużej mierze zrobiłem dla samego siebie, żeby wrócić do nich za jakiś czas. Jeśli jednak i Was to zaciekawiło, to bardzo się cieszę.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s