„Jądro ciemności” Josepha Conrada i parę słów o H.G. Wellsie

Podobny obrazDługo rozwodzić się można na temat Jądra ciemności. Pisać o tym, jak wyraziście książka opisuje temat mroku czającego się w każdym z nas i jak podróż głównego bohatera w głąb Czarnego Lądu była dla niego wyprawą w głąb samego siebie (mamy nawet kontekst epoki, fin de siècle). Potem można trochę poszerzyć perspektywę i wspomnieć o krytyce imperializmu, którą da się tu odnaleźć, dodając, że sam Conrad był w Kongo świadkiem okrutnego traktowania tubylców przez kolonizatorów z Belgii. Na koniec wypadałoby pewnie naskrobać parę słów o Czasie apokalipsy, luźnej acz kultowej filmowej adaptacji utworu. Innymi słowy, mógłbym tu zostawić liczącą sobie paręset słów notatkę, która niczym nie różniłaby się od tej, którą musieliście umieścić w zeszycie podczas omawiania tej lektury w liceum. Choć uczniowie na całym świecie tłumnie narzekają na to, jak ciężko się tę (krótką przecież) powieść czyta i opracowuje, mam nadzieję, że da się jednak podejść do jej omówienia w inny, trochę ciekawszy sposób. 

Wspominałem już chyba nie raz, że najbardziej fascynuje mnie w literaturze to, jak żadne pisane dzieło nie powstaje w próżni: każdy utwór wynika z czegoś, jest albo zakorzeniony w jakiejś epoce i nurcie, albo właśnie próbuje zerwać z konwenansami. Autorzy czerpią inspirację z antycznych klasyków albo wymieniają się z kolegami pomysłami przy winie. Strasznie mnie więc zaciekawiła (i trochę zaskoczyła) informacja, że Conrad – autor, którego dorobek bardzo szanuję, nawet jeśli nie czytam jego książek z przesadną przyjemnością – był przez długie lata znajomym H.G. Wellsa, który w przeciągu ostatnich dwóch lat stał się jednym z moich ulubionych pisarzy w ogóle.

Nawet największemu laikowi wystarczy lista najważniejszych utworów Wellsa, by natychmiast zrozumieć, jaki wpływ jego twórczość wywarła na literaturę. Wehikuł czasu (1895), Wyspa doktora Monroe (1896), Niewidzialny człowiek (1897), Wojna światów (1898). Podróże w przeszłość i przyszłość, eksperymenty i modyfikacje żywych stworzeń, serum niewidzialności czy inwazja kosmitów: to właśnie ten angielski autor spopularyzował te koncepty, bez których nie byłoby połowy książek fantastycznonaukowych. A przecież przy lekturze tych powieści-protoplastów nie ma się irytującego wrażenia (jak chociażby przy seansie Casablanki), że „trochę wieje nudą, wszystko to już gdzieś widziałem” (kiedy popularność klasyka staje się jego zgubą, bo przed jego poznaniem zetknęliśmy się już z dziesiątkami bardziej współczesnych naśladowców): wszystkie te pobudzające wyobraźnię motywy osadzone są bowiem nie w zachowawczej, sterylnej przyszłości, a u schyłku wiktoriańskiej Anglii, gdzie maszyny wciąż nie ustąpiły miejsca komputerom, a naukowcy i podróżnicy to przede wszystkim flegmatyczni dżentelmeni, wyprawy w nieznane przeplatający z sączeniem brandy przy kominku w swych miejskich rezydencjach. Opowieści te nabierają przez to unikalnego, niemal steampunkowego charakteru, który nadaje nowych barw dobrze nam już znanym pomysłom.

Znalezione obrazy dla zapytania the new adventures of time machine

Wehikuł czasu zawsze będzie mi się kojarzyć z grą komputerową mojego dzieciństwa o tym samym tytule (2000), naprawdę luźno opartej na powieści Wellsa. Tytuł sprzedał się fatalnie, a krytycy obrzucili go błotem z powodu zagmatwanej fabuły i absurdalnej trudności zagadek (grałem z poradnikiem na kolanach, żeby nie było). Takiego klimatu i świata przedstawionego nie ma jednak nigdzie indziej.

To niemal zaskakujące, że Conrad i Wells, pisarze o pozornie tak odmiennym dorobku, mieliby wiele wspólnych tematów do rozmów. Tak jednak było w istocie: wraz z grupą innych pisarzy (między innymi Henrym Jamesem – trzy książki na liście Modern Library) tworzyli małe kółko towarzyskie w angielskim Kencie na przełomie XIX i XX wieku. I chciałbym napisać, że między naszym wielkim rodzimym pisarzem i angielską sławą narodziła się braterska przyjaźń na równym poziomie, ale tak niestety nie było. Apogeum ich kontaktów przypadało na czasy, gdy Conrad nie zdobył jeszcze dużej popularności i patrzył na swojego kolegę z ogromnym podziwem. Wellsowi tymczasem najwyraźniej aż tak nie zależało na tej znajomości: w swych listach do znajomych pisał o Polaku z pewnym lekceważeniem, lekko naigrawając się z jego braków w obyciu w brytyjskim towarzystwie. Niewątpliwie jednak obaj nawzajem bardzo cenili swoją twórczość: w powieści Kiedy śpiący budzi się bohater Wellsa trafia do 2100 roku, gdzie w futurystycznej bibliotece znajduje Jądro ciemności. Dopiero z czasem poróżniły ich różnice zdań w kwestii podejścia do sztuki (artyzm Conrada kontra dydaktyzm Wellsa – który nie ograniczał się w swej twórczości do sci-fi) i poglądów politycznych (Anglik stawał się coraz większym zwolennikiem socjalizmu, co nie odpowiadało naszemu rodakowi).

Czy ślady tej znajomości da się odnaleźć w Jądrze ciemności (1899 – historia opublikowana w odcinkach, w 1902 – jako pojedyncza książka)? Naturalnie, a największym podobieństwem jest oczywiście wykorzystanie kompozycji szkatułkowej. Zarówno w książce Conrada jak i Wellsa pierwszoosobowy narrator jest zaledwie przyjacielem prawdziwego protagonisty, który to snuje swą niesamowitą opowieść zebranym kolegom. Choć miejsca różnią się – londyńskie mieszkanie i łódź płynąca rzeką – to atmosfera w obu sytuacjach wydaje się niemal identyczna: w czasie sennego relaksu pełnego cygar i trunków, jeden z mężczyzn zaczyna snuć fantastyczną opowieść, w którą zatapiamy się na tyle mocno, że o „szkatułce” przypominamy sobie na powrót dopiero wraz z zakończeniem.

Ciekawy jest też fragment Jądra ciemności, który trudno nie odczytać jako aluzji do inwazji Marsjan z wydanej rok wcześniej Wojny światów:

Kimże byliśmy, my dwaj, którzyśmy tu zabłądzili? Czy owładniemy tą niemą rzeczą, czy też ona nami owładnie? Czułem, jak wielka, jak diabelnie wielka jest ta rzecz, która mówić nie umie, a może jest także i głucha. Co w niej jest? Wiedziałem, że wydostaje się stamtąd trochę kości słoniowej, i mówiono mi, iż w głębi kraju jest Kurtz. A mówiono mi o tym Bóg wie ile razy! Ale jakoś to wszystko nie przywodziło mi na myśl żadnego obrazu — tak, jakby mi ktoś powiedział, że tam, w głębi, jest anioł lub diabeł. Wierzyłem temu w taki sam sposób, jakby który z was wierzył, że planeta Mars jest zamieszkana. Znałem raz szkockiego żaglomistrza, który był pewien, był bezwzględnie pewien, że na Marsie są ludzie. Kiedy go zapytywano, jak sobie wyobraża ich wygląd i zachowanie, tracił rezon i mruczał coś o tym, że „chodzą na czworakach”.

Conrad jednak na tym nie poprzestaje: cała tematyka Jądra ciemności ma wiele wspólnego z tą powieścią Wellsa. Oba utwory w mniej lub bardziej wyraźny sposób krytykują imperializm, prawo silniejszego i darwinizm społeczny. Zwolennicy tego ostatniego wierzyli w nieustanny progres i triumf człowieka Zachodu, który, jako przedstawiciel wyższej cywilizacji, miał prawo narzucać swoją wolę innym ludom. Anglik w Wojnie światów snuje ponurą wizję scenariusza, w którym Ziemianie napotykają silniejszą rasę wyznającą podobnie pozbawione współczucia idee.

Znalezione obrazy dla zapytania half life 2 tripod

Wojna światów Wellsa wywarła wpływ na inną grę, którą lubię: Half life 2. Żywcem wyjęte z opowieści o Marsjanach trójnogi należą do najbardziej wymagających przeciwników naszego protagonisty.

Sam odnajduję wiele podobieństw miedzy Kurtzem a tytułowym bohaterem Wyspy doktora Monroe. Charyzmatyczny, inteligentny samotnik o niepasujących do społeczeństwa poglądach porzuca cywilizację, by stać się bogiem dla istot, których dusze lub ciała ukształtował dla swoich potrzeb. Nie będąc krępowanym przez żadne wyuczone normy, człowiek jest w stanie znaleźć w sobie sporo złego, choćby po to, by realizować wyśniony zamysł.

W sieci nie brakuje tekstów, które dużo bardziej szczegółowo porównują ze sobą dzieła dwóch opisywanych tu przeze mnie autorów (polecam na przykład ten artykuł). Aż mnie zaskoczyło, jak bardzo znany (choć raczej nie w Polsce) jest to temat. Na koniec jeszcze Niewidzialny człowiek:

Zdało jej się, że gość ma usta szeroko otwarte i tak ogromne, że sięgają uszu. Było to wrażenie chwilowe, ale straszne, a ta obwiązana głowa i otwarta paszcza mogły się przyśnić i dręczyć jak zmora.

I Conrad:

Widziałem, że [umierający Kurtz] otwierał szeroko usta – nadawało mu to wygląd niesamowicie żarłoczny, jakby chciał połknąć całe powietrze i całą ziemię, i wszystkich ludzi przed sobą.

Porównanie wydaje się być trochę na wyrost, to prawda: ale przekonuje dużo bardziej, kiedy zestawi się też postawy tych dwóch bohaterów.

Nie ma raczej sensu namawiać do przeczytania Jądra ciemności, bo, chcąc nie chcąc, na pewno zapoznaliście się już z tą książką w szkole. Każdy już wie, czy odpowiada mu proza Conrada. Ale jeśli nie mieliście okazji zetknąć się z utworami Wellsa, to jest to zaniedbanie, które koniecznie powinniście naprawić. Wyżej wskazałem, że obu tych pisarzy trapiły podobne niepokoje co do przyszłości i natury człowieka, nawet jeśli różnili się w swych pomysłach na naprawę sytuacji. Pytanie jakie trzeba sobie zadać brzmi więc: czy nie zabawniej jest czytać o degeneracji człowieka i okrucieństwach imperializmu, kiedy dodatkowo w historii przewija się armia najeźdźców z kosmosu albo machina czasu?

2 uwagi do wpisu “„Jądro ciemności” Josepha Conrada i parę słów o H.G. Wellsie

  1. Ciekawe spojrzenie. Mnie osobiście zestawienie twórczości Conrada i Wellsa nie przekonuje, ale podejście jest niewątpliwie oryginalne. Notabene, czytam właśnie „Po piśmie” Dukaja. W jednym z esejów głosi interpretację, że Kurtz nie istniał, był wytworem wyobraźni Marlowa tudzież samym Marlowem.

    Polubienie

Odpowiedz na Borys Anuluj pisanie odpowiedzi

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s