„Ciemność w południe”

Darkness At Noon – Arthur Koestler | BlogternatorNierzadko przychodzi mi do głowy, że wadą omawianego na tym blogu zestawienia książek jest to, jak bardzo jest ono anglosaskie pod względem tematycznym. Autorzy z listy pochodzą przede wszystkich z Ameryki i Zjednoczonego Królestwa, naturalną koleją rzeczy jest więc to, że akcja ich powieści dzieje się właśnie w tych krajach, opowiada o tamtejszych problemach i społeczeństwach. A to przecież ogromnie zawęża nasze spojrzenie na literaturę XX wieku, który został przecież zdefiniowany w dużej mierze przez totalitarne ustroje państw europejskich: nazistowskie Niemcy i komunistyczny Związek Radziecki. Ciekawym i wartościowym wyjątkiem jest zatem opublikowana w 1940 roku książka „Ciemność w południe” autorstwa Arthura Koestlera, który postanowił zawrzeć w niej swoje przemyślenia na temat władzy, rewolucji, ideologii oraz sposobów, w jaki kształtują one ludzkie zachowania.

Sama historia jest mocno inspirowana czasami tzw. wielkiej czystki w latach 30-tych XX wieku, kiedy stosujący terror i represje Stalin wraz ze swoimi poplecznikami doprowadzili do śmierci milionów ludzi, w tym mniejszości polskiej, wielu członków dawnej partii leninowskiej, dowódców Armii Czerwonej, a nawet funkcjonariuszy NKWD. Miało to na celu wyeliminowanie wszystkich stronnictw, które mogły podminować władzę dyktatora. Jednym z kluczowych elementów czystek były publiczne, pokazowe procesy rzekomych „wrogów rewolucji”, które miał nadać terrorowi pozory praworządności.

Książka stanowi krytykę, skądinąd dobrze nam znaną z innych źródeł, bolszewickiego ustroju i bezsensownego post-rewolucyjnym terroru – przyjęty punkt widzenia czyni ją jednak absolutnie unikalną na tle innych książek o podobnej tematyce. Koestler opowiada o człowieku, który pada ofiarą stalinowskich czystek, ale nie jest nim budzący współczucie Polak, który miał nieszczęście mieszkać po niewłaściwej stronie granicy, czy jakiś młody działacz partyjny, którego ideały okazały się nieprawomyślne. Zamiast tego poznajemy historię starego bolszewika, Rubaszowa, jednego z dawnych liderów rewolucji, który wypada z łask i zostaje uwięziony pod zarzutem planowania zamachu na Numer Jeden, przywódcę partii (jego pierwowzorem był Stalin). Zostaje przemielony przez totalitarną machinę, którą sam pomógł zbudować. Większość akcji książki dzieje się w celi protagonisty, gdzie snuje on rozważania na temat swojej minionej działalności i stara się podjąć jej oceny. I nie ukrywam, że natura tych przemyśleń bardzo mnie zaskoczyła, mnie samego skłaniając do zastanowienia się nad motywami komunistycznych rewolucjonistów. 

Większość z Was pewnie słyszała o wyprodukowanym przez HBO serialu „Czarnobyl”. Jest tam taka scena, w jednym z pierwszych odcinków, gdy po eksplozji reaktora zbiera się coś w rodzaju rady nadzorczej elektrowni. Na ten moment sytuacja dalej jest trochę niejasna, kierownictwo nie wie, co robić, wszyscy przekrzykują się nawzajem. W końcu powoli podnosi się obwieszony medalami starzec: uspokaja nastroje i wygłasza patetyczną przemowę o ideach komunistycznych, Partii i dziejowej misji Związku Radzieckiego. Zebrani reagują owacją.

Z Twittera twórcy serialu, Craiga Mazina, oraz podcastu, w którym opowiada on o swojej produkcji, dowiedziałem się, że jego celem było pokazanie przedstawiciela „starej gwardii”: takiego sędziwego wojownika-ideowca, który naprawdę w ten komunizm wierzył, walczył i zabijał za niego. Choć jego czyny doprowadziły do strasznych rzeczy, to wyznawał jakiś zestaw wartości, którymi ciągle się kierował.

I choć byłem w pełni świadomy tego, że to jest jakaś pycha z mojej strony, odniosłem wrażenie, że twórca serialu się myli, przypisując tej postaci takie pobudki. Że bolszewicy byli albo kompletnymi oportunistami, zasłaniającymi się ideologią w celu zdobycia władzy, albo naiwniakami, którymi się wysługiwano. Ci u steru nigdy nie wierzyli w żadną ideę równości: gdy dochodziły ich wieści o śmierci pięciu milionów ludzi na Ukrainie, nie mogli myśleć, że to wszystko dzieje się dla większego dobra. Łagry, czystki, cenzura, rozkułaczanie – za dużo było tych ofiar, by ktokolwiek mógł wierzyć, że to służy ludzkości. To wszystko to były tylko chore, może nawet nieudolne sposoby utrzymania się u władzy. Innymi słowy: moim zdaniem przywódcy partii komunistycznej nie wierzyli w komunizm czy socjalizm. I mniej więcej z takim nastawianiem zasiadłem do lektury „Ciemności w południe”, gdzie postawa głównego bohatera sprawiła, że spojrzałem na ich motywacje z trochę innej perspektywy.

Rubaszow jest trochę jak ten „czarnobylski” generał – patrzy na czystki, przemoc i terror myśląc: warto. Że jest to jakiś krok w kierunku czegoś większego, że nie da się stworzyć nowego społeczeństwa bez zniszczenia starego (widać tu wyraźne odniesienia do marksistowskiego historycznego materializmu, gdzie pewne procesy po prostu muszą się dokonać, determinowane przez rozwój technologiczny społeczeństw). Choćby to miało trwać sto lat, to warto. I może po prostu jestem ignorantem, ale dotąd nawet nie brałem takiej postawy pod uwagę. Oceniałem bolszewików kategoriami: widząc już do czego komunizm doprowadza, albo starasz się być moralny i odżegnujesz się od niego, albo nie – a wtedy jesteś po prostu chciwym typem, który korzysta z okazji. Ale może naprawdę była trzecia grupa socjopatów-ideowców (równie – bardziej? – godna potępienia co ta druga), którzy wierzyli, że poprzez reżim realizują jakiś głębszy plan? Pozornie słuszna idea może być zatem wypaczona przez dwa zupełnie odmienne rodzaje ludzi: tych, którzy w ogóle w nią nie wierzą i tych, którzy wierzą w nią i nic innego. 

Dla porządku muszę wspomnieć, że według polskiej Wikipedii Herling-Grudziński, który spędził kilka lat w łagrze po niesprawiedliwym wyroku Sowietów, stwierdził, że opisy Arthura Koestlera nie brzmią dla niego specjalnie wiarygodnie[1]. Mimo wszystko jednak pisarz był w stanie sprowokować mnie i innych do zadania sobie kilku pytań, które uważam za interesujące – a to jest chyba jedno z głównych wymagań, jakie powinniśmy mieć wobec literatury. Publikacja książki wywarła spory wpływ na dyskurs polityczny w powojennej Francji i zdaniem wielu mogła mieć znaczący wpływ na zahamowanie momentum rosnącej w siłę partii komunistycznej[2][3]. 

Liberté, égalité, fraternité

Danton, Wajda, Polish PosterOstatnie miesiące były dla mnie okresem wzmożonego zainteresowania rewolucją jako taką, a w szczególności rewolucją francuską z końca XIX wieku. Powodem tego była przede wszystkim chęć znalezienia odpowiedzi na pytanie „no dobrze, ale co się tak właściwie niezwykłego tam stało?”. Powszechnie uznaje się, że było to jedno z najważniejszych wydarzeń w historii nowożytnej, tymczasem wiedza większości ludzi (w tym także moja) ograniczała się do tego, że wściekły tłum gilotynował arystokrację (zaczynając od króla Ludwika XVI), a dyrygował nim Robespierre, któremu zresztą również ostatecznie ścięto głowę. Na pierwszy rzut oka nie różni się to za bardzo od dowolnego buntu chłopstwa z wieków średnich, a przecież rok 1789 uznaje się za istotną cezurę dzielącą historyczne okresy. Jak to możliwe, skoro zaraz po rewolucji cesarzem obwołał się Napoleon, tym samym kończąc władzę ludu, po jego upadku zaś panowanie odzyskała dawna królewska dynastia?

Łaknąc wiedzy, przesłuchałem kompleksowy podcast na temat rewolucji francuskiej (zalinkuję): jej przyczyn, przebiegu i skutków. I choć sama rewolucja była fascynująca sama w sobie, pełna niesamowicie barwnych postaci o różnych motywacjach, to jednak jej skutki interesowały mnie najbardziej.

[Napisałem dobre kilka stron tekstu streszczającego podcast i samą rewolucję, ale ostatecznie uznałem, że nie ma to żadnego sensu. Nie dam rady opisać tego lepiej i poprawniej niż zrobili to inni. Zachęcam do zapoznania się z historią tych wydarzeń na własną rękę. „Dantona” Wajdy (plakat po lewej) też warto zobaczyć.] 

Jeśli miałbym w jednym akapicie streścić znaczenie tamtych wydarzeń, to byłoby to coś takiego: rewolucja francuska zaznajomiła mieszkańców Europy z ideami, które dotąd wydawały się jedynie utopijną teorią – w jej trakcie między innymi zupełnie zniesiono feudalizm, zarówno w formie zobowiązań chłopów wobec swoich panów, jak i tytułów arystokratycznych, którymi ci drudzy chełpili się od stuleci. Urzędy państwowe i wyższe szarże w wojsku nie były już zarezerwowane tylko dla tych, w których żyłach płynęła błękitna krew. Podporządkowany państwu kościół przestał stawiać władcom warunki, na popularności zyskała swoboda wyznania, zlikwidowano dziesięcinę. Kodeks Napoleona, choć zaprowadzony w europejskich krajach mocą cesarskiego dekretu, stanowił owoc myśli rewolucyjnej i upowszechnił ideę równości wobec prawa. Na znaczeniu zyskały ruchy sprzeciwiające się niewolnictwu, a wolność słowa, choć tłamszona przez kolejnych monarchów, stała się przynoszącym realne korzyści prawem, o które warto walczyć. Potrzeba było na to kolejnych dziesięcioleci, ale ostatecznie większość europejskich państw przestało być absolutnymi monarchiami. Naturalnie, nie zawsze (a wręcz – rzadko) było to skutkiem samej rewolucji: dużo częściej reakcyjne rządy, obawiając się krwawej wojny domowej i rewolucyjnego terroru, same proponowały ustępstwa mające uspokoić nastroje chłopów i robotników. Na uwagę zasługuje tu na przykład ogromna reforma uwłaszczeniowa cara Aleksandra II z 1861 roku, gdy wolność osobistą zyskały ponad dwadzieścia dwa miliony ludzi. Innym motorem przemian były popularne do dziś partie socjaldemokratyczne, starające się pogodzić kapitalistyczne założenia wolnego rynku z rewolucyjnymi postulatami o prawach robotników. 

Każda z wymienionych wyżej swobód jest dla nas tak oczywista, że zwykle już nawet o niej nie rozmawiamy. Oczywiście, nie twierdzę, że żyjemy w raju na ziemi – bogaci dalej unikają prawa, wolność słowa bywa tłamszona przez rządy, a demokratyczne standardy nie zawsze są przestrzegane. Ale fundamentalna zmiana polega na tym, że obecnie WIEMY, że to nie jest w porządku i wiemy, że jest to sytuacja, którą trzeba poprawić. Gdy parlament nie wywiązuje się z obietnic, czujemy się oszukani nie dlatego, że władcy poskąpili nam swej łaski, ale dlatego, że nie dotrzymali zobowiązań, którymi obarczyliśmy ich oddając na nich swe głosy. Nikt nie schyla pokornie głowy, gdy policja czy prokuratura próbuje zamknąć im usta – automatyczną już reakcją jest powołanie się na wolność słowa. W każdej sytuacji, gdy nasze prawa zostają naruszone, mamy punkt odniesienia, ideał (zwykle nakreślony konstytucją), od którego rzeczywistość się odsunęła i do którego chcemy ponownie się zbliżyć, nawet jeśli nie udaje się go nigdy w pełni osiągnąć.

To wszystko brzmi tak pięknie i naprawdę wierzę w to co napisałem wyżej, a jednak zawsze pozostaje mi w głowie cena, jaką przyszło za to zapłacić. Okres rewolucyjnego terroru doprowadził do śmierci dziesiątek tysięcy ludzi, wojny Republiki a później Cesarstwa poskutkowały cierpieniami milionów, nie wspominając o kolejnych rewolucjach w XIX wieku. Czy rzucając beznamiętnie zdaniem w rodzaju „tak, to było konieczne, byśmy teraz mogli być wolni i szczęśliwi” nie zachowujemy się trochę jak Rubaszow? Chyba trochę tak. Wzdragam się przed powiedzeniem, że dobrze się stało, że doszło do rewolucji francuskiej, a jednocześnie naprawdę nie wiem, jak wyglądałoby nasze życie, gdyby jednak nigdy nie wybuchła. 

Oczywiście, jestem świadomy że w swoich rozważaniach powyżej przyjmuję bardzo „burżuazyjny” punkt widzenia. Możliwość głosowania, konstytucja, prawo własności – przejmowanie się takimi sprawami było przywilejem, na który większość chłopów, robotników i drobnych rzemieślników nie mogła sobie w XVIII i XIX wieku pozwolić, bo zbyt zajęta była ciągłą walką z głodem i bezdomnością, niepozostawiającymi wiele czasu na polityczne zaangażowanie. Uboższe warstwy społeczeństwa, pełne gniewu i poczucia krzywdy, budowały i broniły barykad w 1830 i 1848 roku tylko po to, by srogo się rozczarować w momencie, gdy „ideologiczne zaplecze” w postaci liberalnej klasy średniej w końcu przejmowało władzę. Zwycięscy prawnicy, lekarze, bankierzy uznawali, że cały ich wysiłek skończył się (i opłacił) – i z lekką irytacją spoglądali na wciąż wrzące pospólstwo, które domagało się dalszych kroków, prawa do pracy, poprawy warunków w fabrykach i sprawiedliwszej redystrybucji dóbr. Sytuacja ta szybko doprowadziła do rozłamu między liberałami a bardziej rewolucyjnie usposobionymi ugrupowaniami (w tym socjalistami). Stawiano sobie pytanie: czy po rozwiązaniu kwestii politycznej (obaleniu absolutyzmu, ustanowieniu konstytucji i obieralnego parlamentu) trud rewolucji zakończył się i kwestie gospodarcze należy pozostawić wolnemu rynkowi, czy może kwestia polityczna była tylko przyczynkiem do rozwiązania kwestii społecznej, ogromnych nierówności i biedy wśród klas niższych. Wśród zwolenników drugiej opcji znalazł się oczywiście niejaki Karol Marks – a reszta to już historia. Historia, której warto się przyjrzeć, ale to już chyba w innym tekście, biorąc pod uwagę, że ten powstawał ponad rok. 

***

Jeśli opisane wyżej tematy Was zainteresowały, przeczytajcie książkę „Ciemność w południe”, powinna się spodobać. Jeśli Was nie zaciekawiły, to lepiej jej nie czytajcie. 

***

1. Tak przynajmniej twierdzi Wikipedia, choć nie podano żadnego źródła. „Psychologiczna analiza Koestlera (który osobiście represji nie doświadczył) zawarta w powieści była kwestionowana przez autentycznych więźniów tego okresu (m.in. Aleksander Weissberg-CybulskiGustaw Herling-Grudziński).” https://pl.wikipedia.org/wiki/Ciemno%C5%9B%C4%87_w_po%C5%82udnie

2. https://www.newstatesman.com/society/2007/10/darkness-noon-soviet-france

3. https://lithub.com/the-eerily-prescient-lessons-of-darkness-at-noon

 

4 uwagi do wpisu “„Ciemność w południe”

  1. Pingback: Lista Modern Library | Modern Library Challenge

  2. „Innymi słowy: moim zdaniem przywódcy partii komunistycznej nie wierzyli w komunizm czy socjalizm.”

    Tak, trudno sobie wyobrazić, że wierzyli, ale chyba tak właśnie było. Stalin i jego wierchuszka naprawdę sądzili, że budują nowy, lepszy świat. Czytam właśnie opasłą biografię autorstwa Kotkina, słuchałem też kilku wywiadów z nim. Kotkin powiedział w którymś momencie, iż istnieją nagrania bądź stenogramy ze spotkań, kiedy Stalin i spółka rozmawiali ze sobą w gabinetowym zaciszu, zupełnie swobodnie, a i tak posługiwali się cały czas socjalistycznymi frazesami.

    Polubienie

    • Hej! Dzięki za komentarz.
      Ta biografia brzmi jak trudna lektura, szanuję. Dla siebie wybrałem coś bardziej lekkostrawnego – podcast „Revolutions” co tydzień wypuszcza nowe odcinki na temat rewolucji październikowej. Fajna sprawa, autor poświęcił naprawdę mnóstwo czasu na przedstawienie całego kontekstu przed przystąpieniem do opisania właściwych wydarzeń. Po pięćdziesięciu odcinkach facet jest gdzieś w okolicach początku pierwszej wojny światowej!

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s